niedziela, 30 lipca 2017

Ulubiona

 Czas na stylizację z pierwszego dnia See Bloggers, o której pisałam już trochę w poprzednim poście. Główną rolę gra sukienka, która zdecydowanie stała się moją ulubioną. Ma przepiękne kolory, idealny dla mnie krój, no i nie zobaczę na ulicy nikogo w takiej samej :) Za takie perełki uwielbiam właśnie Vinted. Zdjęcia robione już u mnie w Katowicach i zmieniłam tylko buty, które kupiłam w sieci czekając w jednej z gdyńskich restauracji na zamówienie. Było to w piątek, a już w poniedziałek przywiózł mi je (nieuprzejmy) pan kurier. Oryginalnie na pierwszy dzień warsztatów założyłam botki, których byłoby mi mniej szkoda, gdyby jednak zbrudził je deszcz :) 



Sukienka - Monsoon (vinted.pl)
Kurtka - House
Torebka - Bershka
Buty - Badura
Zegarek - eButik.pl
Bransoletka - YES

piątek, 28 lipca 2017

Relacja z V edycji spotkania See Bloggers

Tydzień temu miałam okazję uczestniczyć w jubileuszowej edycji See Bloggers w Gdyni. Jest to ogólnopolskie spotkanie już nie tylko blogerów, ale ogólnie rzecz biorąc internetowych influencerów, podczas którego można wziąć udział w przeróżnych warsztatach i spotkaniach.
Miałam to szczęście, że trzeci rok z rzędu udało mi się zapisać na wszystkie panele, które mnie zainteresowały.
Przede wszystkim były to warsztaty z Januszem Leonem Wiśniewskim o tym jak pisać dobre historie. Przed spotkaniem każdy z uczestników dostał egzemplarz jednej z jego książek oraz notesik, który wykorzystałam do sporządzenia notatek. Najważniejszą konkluzją tego wykładu było - podsłuchiwać! :)
Najlepsze historie powstają z tych zasłyszanych fragmentów rozmów, przypadkowych ciekawostek. Muszę przyznać, że sposób pisania autora (może nie sam sposób pisania, a pomysł tworzenia książek) jest mi bardzo bliski. Lubię osadzać fikcyjnych bohaterów w prawdziwym świecie, wśród realnych zdarzeń. Jednocześnie praktycznie codziennie mnie lub ludziom mnie otaczającym przydarzają się sytuacje, które są niesamowitą inspiracją do tworzenia losów bohaterów. Nikt przecież nie wymaga od autora deklaracji "wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest przypadkowe". Ja się zawsze tego obawiałam, a okazało się, że niesłusznie. Drugą cenną wskazówką było by pisać o miejscach, które są nam znane. Ja również, po przeczytaniu "Tylko martwi nie kłamią" Bondy wpadłam na pomysł historii rozgrywającej się w Katowicach (nie zrealizowałam już jednego takiego pomysłu sprzed kilku lat), tak samo jak po powrocie z Bostonu napisałam moją pierwszą książkę, która jest w fazie kolejnej (setnej?) już korekty :)
Jednocześnie, po warsztatach mogę wziąć udział w konkursie organizowanym przez sponsora - właściciela sieci Accor, jednak w pisaniu tekstów na zawołanie jestem beznadziejna.
Podczas See Bloggers wzięłam również udział w warsztatach z marką GOSH i znaną nam już z poprzedniej edycji Anną Muchą. Firma zaprosiła również na wywiad z Mają Sablewską, w którym jednak nie znalazłam odpowiedzi na pytania o kreowanie wizerunku. Podobnie w momencie, gdy podeszłam do Ani po spotkaniu, a ona zignorowała moje pytanie bo malowana przez nią wcześniej dziewczyna nieuprzejmie nam przerwała chcąc zrobić sobie... selfie. Nie dowiedziałam się więc dlaczego podobno wiele osób ma problem z podkładem GOSH Drop Foundation. Dla mnie jest moim ulubionym i kropka :)
 Drugiego dnia wzięłam udział w spotkaniu z Agnieszką Hyży, którą zaprosiła marka DUKA. Miało być o tym jak zorganizować niezapomniane przyjęcie i jestem trochę rozczarowana, że zamieniło się to w dwugodzinne narzekanie co nie było idealne podczas wesel uczestniczek. Autopromocja płynęła zewsząd. Wcale mnie nie zdziwiło, że prowadząca o swoich doświadczeniach opowiadała najmniej. Jest osobą publiczną i nauczyła się cenić swoją prywatność. Natomiast niektóre panie biorące udział w warsztatach na siłę próbowały nam wszystkim zaimponować. Było to trochę niesmaczne. Jedna organizowała czternastą rocznicę ślubu lepszą niż same wesele, inna założyła firmę produkującą podwiązki po kilkaset złotych, a na drugim ślubie zdjęcia robił jej pierwszy mąż, swoją drogą fotograf z Dubaju. Na prawdę nie rozumiem po co nam wszystkim były tego typu dygresje. Komu teściowa zepsuła uroczystość przychodząc w białej sukience, kto zapraszał bez dzieci, a kto zabawiał gości stołami do ruletki. Nie dowiedziałam się niczego o organizowaniu przyjęć, oprócz tego, że w DUKA mogę założyć listę prezentów jeśli przypadkiem bym organizowała jeszcze jeden ślub.
Najlepszym momentem było, gdy dziewczyna mniej więcej w moim wieku, na te wszystkie historie o dziesiątych, czternastych rocznicach ślubu powiedziała "mój ślub był już jakiś czas temu, bo w 2015 roku...". Dobrze, że nie widziała jak w duchu przewracam oczami. Podobało mi się, gdy Agnieszka uprzejmie poinformowała "no więc dwa lata temu", zapewne myśląc o wypowiadającej się dokładnie to co ja.
Szkoda, że to spotkanie nie było o tym, o czym miało być. Ale poznałam kilka fajnych dziewczyn. Dostaliśmy pakiet podarunkowy choć fajniej by było, gdybyśmy mogły wybrać jedną (!) rzecz, z naszych aranżacji stołów, które przygotowywałyśmy. Wolałabym chociażby tę srebrną miseczkę (na zdjęciu po lewej) niż zestaw szklanek, dziwną butelkę i białą świecę.



 Gdzieś w międzyczasie jeszcze był wykład przedstawicielek marki Pharmaceris, który gdzieś całkiem mi umknął, bo całkowicie nie był "o dzieleniu włosa na czworo - czyli wszystko, co powinniście wiedzieć o skórze głowy, by mieć zdrowe włosy". Był raczej o problemach skóry głowy (ze zdjęciami przypadków klinicznych), ale niewiele o zapobieganiu. Wszystko chyba po to by zareklamować najnowszy produkt czyli peeling do skóry głowy. Przyznam, że jestem go ciekawa, ale jeszcze nie wypróbowałam.
Ogólna oprawa tej edycji bardzo mi się podobała. Choć jak zwykle nie miałam zbyt wiele czasu na aktywności poza warsztatami. Spotkałam jednak kilka znajomych osób, poznałam masę nowych, a i atmosfera była całkiem przyjemna. Na pewno ważnym aspektem było to, że na spokojnie mogliśmy coś zjeść i napić się kawy bez stania w kolejce. Uważam, że to niemały wyczyn organizatorów, aby zorganizować strefę wypoczynku dla ponad 1500 uczestników.
Na koniec jeszcze moje "kreacje" :) Pierwszego dnia postawiłam na łagodne kolory. Ubrałam sukienkę, która dzień wcześniej przyszła do mnie z Vinted. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Ma nietypowy wzór kwiatowy i kolory, moją ulubioną długość i kieszenie. A przede wszystkim jest jedyna w swoim rodzaju wśród tych wszystkich hitów sezonu typu prążki czy kratka vichy, którą zostawię na inne okazje. Jako że lubię kontrasty i przeważnie ubieram się z dnia na dzień w coś zupełnie innego, na niedzielę wybrałam intensywnie różową marynarkę i błękitne dodatki, a d tego postawiłam na mocniejszy makijaż. Myślę, że oba zestawienia jeszcze się na blogu pojawią.



 Uważam, że wyjazd nad morze był udany choć intensywny, przez co wróciłam do domu bardzo zmęczona i już nie mogę się doczekać takiego prawdziwego urlopu :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Recenzja: szczotka podróżna Michel Mercier

Minął rok odkąd posiadam szczotkę Michel Mercier (wersję do włosów normalnych). Rok burzliwego związku typu love-hate, to na pewno. Ale czego jeszcze? Zapraszam na krótką recenzję.
Te z was, które nie znają tej marki, na pewno zauważyły podobieństwo do innego sprzedażowego hitu. Nie trzeba być zapaloną włosomaniaczką by znać Tangle Teezer. Kilka lat temu ta niepozorna czarna szczotka podbiła świat. Doczekała się kilkunastu wersji i setek podróbek.
Ja swoją kupiłam cztery lata temu i nadal jej używam. Ale nie o niej dziś będzie.
O szczotkach Michel Mercier dowiedziałam się właściwie w momencie, gdy dostałam produkt do testowania. Wcześniej nie interesowałam się nowościami w tej kategorii, miałam swojego ulubieńca i myślałam, że to mi wystarcza. Tymczasem okazało się, że można chcieć więcej. I tu Michel Mercier wychodzi nam naprzeciw. Podstawową cechą jego szczotek jest różna długość "włosków" czeszących. Ma to zapewnić komfortowe rozczesywanie (nawet mokrych) włosów bez wyrywania ich. Nie miałam okazji użyć klasycznej szczotki Michel Mercier więcej niż raz, podejrzewam jednak, że długa rączka daje większy komfort użytkowania niż to jest w przypadku Tangle Teezer, który u mnie ląduje na podłodze średnio raz w tygodniu. Na szczęście jest wytrzymały i nie zauważyłam ani jednej ryski.
Szczotki Michel Mercier występują w trzech wersjach, aby móc dobrać odpowiednią do naszego rodzaju włosów. Jest też linia o ładnym drewnianym wykonaniu, mniejsze szczotki podróżne i szczotki anti-slip do czesania mokrych włosów.
Tak jak wspominałam, posiadam podróżną wersję szczotki Michel Mercier. Przede wszystkim jest mniejsza, nie ma rączki i w zestawie jest pokrywka. To właśnie ta pokrywka jest najistotniejszym elementem, moim zdaniem. Przedtem, nosząc szczotkę w torebce, miałam problem z różnymi przedmiotami wsuwającymi się między "włoski". Michel Mercier w wersji travel jest idealna do noszenia ze sobą na co dzień. Jest mała, poręczna, nic się do niej nie przyczepia. Jedynie trochę ciężko usuwa się z niej włosy.
Szczotka jest idealna do noszenia w torebce. Mam plączące się włosy, które muszę przeczesać kilka razy dziennie, aby pozostały proste. Moja mała zielona Michel Mercier przychodzi mi wtedy na ratunek. W podróży jednak nie sprawdziła się u mnie w stu procentach. Próbowałam rozczesać nią umyte włosy i trwało to bardzo długo. I to właśnie ten brak uniwersalności mi przeszkadza. Musiałabym kupić jeszcze przynajmniej wersję anti-slip, a to kosztuje.
No własnie. Jak produkty Michel Mercier przedstawiają się cenowo? Moja szczotka kosztuje 39,90 zł, klasyczna 49,90 zł. Za drewnianą trzeba zapłacić trochę więcej bo 69,90 zł. Są jednak częste promocje.
Gdzie można je kupić?
Przede wszystkim na stronie mycosmetics.pl, ale też w Douglasie, a od niedawna w również w Rossmannie.

środa, 19 lipca 2017

5 elementów garderoby, w które muszę zaopatrzyć się na sezon letni

Sezon wyprzedażowy w pełni. Muszę przyznać, że udało mi się kupić kilka fajnych rzeczy w całkiem przyzwoitych cenach. Uzupełniłam garderobę między innymi o skórzane czarne sandały, beżową małą torebeczkę i jesienną puchową kurtkę. Jak widać trzymanie się idei slow fashion idzie mi... tak sobie :)
Zgodnie z założeniami jednak kupuję mniej rzeczy, ale lepszej jakości. Gdy coś upatrzę w sklepie, staram się na to odłożyć. Ostatnio sprzedałam na Vinted trzy spódnice by kupić jedną dżinsową katanę. Mam nadzieję, że zostanie ze mną równie długo co poprzednia. Nie kupuję pod wpływem impulsu. Przeważnie udaje mi się trzymać zasady by ułożyć w głowie trzy różne zestawy z potencjalnym nabytkiem ze sklepowego wieszaka.

Przygotowałam sobie mini listę rzeczy, o które chciałabym uzupełnić moją letnią garderobę. O tym czy udało mi się zrealizować listę wiosenną, napiszę w najbliższym czasie i podzielę się z wami zdjęciami.
1. Granatowa rozkloszowana sukienka - może być też z rękawem, gdyż najlepsza byłaby taka, którą można również wykorzystać jesienią. Póki co jeszcze nie znalazłam ideału.
2. Pudrowa marynarka - jest na mojej liście od bardzo dawna. Niełatwo znaleźć taką, która będzie wyglądać dobrze zarówno zapięta na ostatni guzik, jak i puszczona swobodnie. Dodatkowo musi (długością) pasować do spodni, ale i to rozkloszowanych spódnic.
3. Brązowa mała torebka na pasku - wielokrotnie komponując strój przyłapywałam się na tym, że takiej mi brakuje. Czarna nie zawsze pasuje.
4. Brązowe płaskie sandały - odkąd po kilku latach szukania znalazłam idealne sandały w kolorze czarnym, przyszedł czas na brązowe. Świetnie będą się komponować z ubraniami w kolorze białym, granatowym, różowym czy khaki.
5. Biała tunika - może być w klimacie boho, najlepiej z rękawem 3/4.




 

poniedziałek, 17 lipca 2017

Welcome to the jungle

 Uwielbiam spódnice, sukienki kupuję jednak rzadko. Niby to dobry wybór bo "załatwiają" od razu dół i górę, ale... do spódnicy mogę dobrać mnóstwo bluzek tworząc za każdym razem inną stylizację. Dobrać dodatki to sukienki, tak aby za każdym razem nie był to po prostu ten sam nudny zestaw, nie jest już tak łatwo. Zwłaszcza, gdy sukienka jest we wzory, które jakby z miejsca ograniczają nam pole manewru. Tak było właśnie z prezentowaną miętową sukienką, którą wylicytowałam za fajną cenę. Zwiewny materiał i nadruk w ptaki nadają jej typowo letniego charakteru. Nie wiem ile jeszcze kombinacji jestem w stanie wymyślić oprócz prezentowanego wakacyjnego klasyku czyli sukienka i dżinsowa kurtka. Niemniej jednak bardzo dobrze się w niej czuję (choć tradycyjnie wolałabym 5 cm więcej z długości) i myślę, że będę ją nosić częściej.


 


Sukienka - allegro.pl
Kurtka - Dorothy Perkins
Torebka - Bershka
Baleriny - CCC

piątek, 14 lipca 2017

Pudrowy róż i khaki

 Dziś w roli głównej moje jedyne spodnie. Nie licząc dżinsów, które ubieram średnio raz na dwa miesiące. Jeśli już ubieram latem jakieś spodnie to są to czarne haremki. Obecnie już chyba piąte w historii bloga. Niestety trochę się gniotą. Tym razem połączyłam je z pudrową koszulą i płaskimi butami, a dla komfortu dodałam kamizelkę, z której niestety, jak widzicie, jest taki sam gnieciuch. Bardzo podoba mi się połączenie różu i khaki. A wam?



Kamizelka - Reserved
Koszula - Szachownica
Spodnie - C&A
Baleriny - CCC
Torebka - Wittchen
Zegarek - Gino Rossi
Okulary - Greenpoint
Naszyjnik - Pepco

środa, 12 lipca 2017

Na lato - tylko biała spódnica!

Biała spódnica to jedno z moich pierwszych skojarzeń, gdy myślę o letniej garderobie. Praktycznie nie wyobrażam sobie sezonu letniego bez przynajmniej jednej. Najlepiej by była rozkloszowana, miała kieszenie i nie gniotła się. Haftowana, w paski, koronkowa - obojętnie. Każda sprawdzi się na upalnie dni. Z czym taką nosić? Możliwości jest całe mnóstwo! Moje ulubione rozwiązanie to połączenie z dżinsem (również w wersji boho) - zawsze się sprawdza. Poniżej kilka inspiracji z Pinterest.













  




Na koniec kilka moich propozycji. 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...