wtorek, 21 marca 2017

Slow life – żyć wolniej, ale intensywniej

Niedawno postanowiłam wprowadzić w swoim życiu kilka zmian. Wiadomo, kobiety lubią zmiany. Zwłaszcza, gdy nastraja nas do tego nowa pora roku. Pierwszy dzień wiosny jest zapewne tak samo popularnym terminem na postanowienia jak Nowy Rok. Zaczynam odchudzanie, zmieniam fryzurę, wyrzucam stare ubrania z szafy, zacznę jeździć na rowerze itp.
Do mojej zmiany sposobu myślenia przyczyniły się na pewno książki Joanny Glogazy „Slow fashion” i „Slow life”, które pożyczyła mi koleżanka, ale nie zaryzykowałabym stwierdzenia, że te poradniki nagle otworzyły mi oczy i postanowiłam zmienić całkowicie swoje życie. Na pewno we wspomnianych książkach znalazłam wiele przydatnych rad. Część jednak z nich wydała mi się zbyt radykalna w swoim założeniu.
Zaczęłam od „Slow fashion”, w której to autorka przytacza przykład swojej blogerskiej kariery, która doprowadziła do utopienia się w stosie nienoszonych ciuchów. Muszę przyznać, że często w myślach potakiwałam w stylu „mam dokładnie tak samo”. Choć myślę, że autorka poszła o krok dalej w swoim zatraceniu. Ja, mimo wszystko, wiem jakie kroje mi pasują i nie kupuję niewygodnych szpilek tylko po to by pokazać je na blogu. Na pewno jednak mam za dużo ubrań i dodatków. Kiedy to zauważyłam? Nie w momencie gdy pisałyście mi „ależ dużo kupiłaś” albo gdy zaczęłam wieszać po dwie koszule na jednym wieszaku. Dopiero, gdy sama z siebie uzmysłowiłam sobie, że nie ma tyle dni w roku bym założyła każdą rzecz, a co dopiero myśleć o układaniu zestawów! Zrozumiałam, że nie tędy droga.
Co prawda przez jakiś czas zwalałam na ciągłą zmianę wagi i sylwetki, na płynność w szafie, którą zyskuję dzięki sprzedaży na Vinted. Prowadzę żmudny rejestr tego co i za ile sprzedałam, dzięki temu znam miesięczną kwotę jaka zasila z tego tytułu moje konto. Nie prowadzę natomiast spisu wydatków na ubrania, a to przecież istotniejsza kwestia. Sprzedałam sweterek za 25 zł, nowa koszula kosztowała 59 zł. Rachunek jest prosty. Zawsze coś dokładałam „ze swoich” pieniędzy. I choć nadal szczycę się tym, że prawie nigdy nie kupuję niczego w pełnej cenie, to zauważyłam, że wraz ze wzrostem dochodów i spadkiem wagi, wprost proporcjonalnie rosła „barierowa” cena, jaką jestem w stanie zapłacić za dany przedmiot. Kiedyś nad spódnicą z sieciówki za 79 zł już mocno bym się zastanowiła. Teraz łatwiej mi było wydać taką kwotę, bo przecież to przecena ze 149 zł.
Przyznam jednak, że nie skusiłam się na proponowaną przez autorkę poradnika „terapię wstrząsową” z przeglądem szafy, wyrzuceniem wszystkiego, w czym nie chodzę i stworzenie „minimalistycznej bazy”. Nadal chcę mieć dwie czarne marynarki – jedną krótką do rozkloszowanych spódnic, drugą długą, o męskim kroju. Wciąż lubię wszystkie moje torebki i trudno byłoby mi wytypować choć jedną do pozbycia się. Mam jednak bardzo małe mieszkanie, które było idealne dla kawalera, ale jednak niezbyt praktyczne dla małżeństwa planującego trójkę dzieci. Szafa pełna damskich ubrań na pewno więc nie ułatwia życia w tak ograniczonej przestrzeni. Zwłaszcza, że miejsca z założenia przeznaczone na część „gospodarczą” (odkurzacz, deska do prasowania itp.) zaczęły sukcesywnie wypełniać się ubraniami.
Skoro już jesteśmy przy temacie mieszkania. Od początku zakładałam, że wkrótce po ślubie poszukamy czegoś tylko dla siebie, bez teściów piętro niżej. Życie jednak jest kapryśne i kilka nakładających się na siebie nieszczęść zweryfikowało nasze plany. Można powiedzieć, że na dzień dzisiejszy „utknęliśmy” na trzydziestu czterech metrach kwadratowych. Mała przestrzeń jest wyzwaniem jeśli chodzi o sposób zagospodarowania, ale z założenia powinna być niedroga w modernizacji i utrzymaniu. Nam jednak wiecznie brakuje pieniędzy na dokończenie remontu. I właśnie na tym wydatku chciałabym skupić środki, jakie zaoszczędzimy. Jakim sposobem?
Po pierwsze detoks zakupowy. Już dawno wiedziałam, że nie potrzebuję więcej ubrań. Zwłaszcza teraz, w okresie przejściowym, gdy mój rozmiar jeszcze się zmienia, a nie mam aż tak wielu ubrań z „chudszego” okresu, które znów mogłabym nosić. Zakupy więc odkładam na bliżej nieokreślony moment osiągnięcia „idealnej” wagi.
Abstrahując od mody i ubrań, chciałabym spróbować czegoś, co określają mianem „slow life”. Można by zakwestionować – pracuję w korporacji w dużym mieście. Jak mam żyć powoli? Wydaje się, że to wymaga większego wysiłku.
Muszę szczerze przyznać, że w tym roku nieco odbiegliśmy z mężem od stylu życia, jaki założyliśmy sobie w zeszłym. Nie całkowicie, ale odrobinę zboczyliśmy z kursu. Okres stagnacji przypadł u nas na zimę, gdy dni są krótkie i ponure. Ogólnie nic się nie chce. Co prawda mój mąż zaczął właśnie zimą (przy kilkunastostopniowym mrozie) biegać, ale co z tego skoro nie chciało mu się pilnować zbilansowanych posiłków. Mi również coraz częściej nie chciało się gotować, a powrót na siłownię odkładałam ciągle na „od następnego miesiąca”. Dodatkowo w weekendy (i nie tylko) uciekaliśmy jak najdalej od domowych problemów i o ile to był dziesięciokilometrowy spacer po lesie, to jeszcze w porządku. Często jednak lądowaliśmy w centrum handlowym. A to tylko na kawę, a to po drodze z zakupów „remontowych”. 
Wspólne spędzanie czasu miało być sposobem na odstresowanie się. Zbyt dużo stresogennych sytuacji, na które nie mieliśmy wpływu, spowodowało, że byliśmy wiecznie zmęczeni. Moje obawy o przyszłość w niczym nie pomagały. W pewnym momencie jednak przestaliśmy zwracać uwagę na „jakość” tego wspólnego czasu. Aspekt na pewno do poprawki.
Do tego wieczny problem ze znalezieniem miejsca na przedmioty codziennego użytku w mieszkaniu, wraz z przekonaniem, że już niedługo uda nam się przeprowadzić, doprowadziły do tego, że ciągle czekamy na to co potem. Nie żyjemy tym co dziś. 
To wszystko wpłynęło/wpływa na to, że nie mogę na dzień dzisiejszy nazwać się osobą szczęśliwą. 
Podsumowując: niedoceniana w pracy, w zagraconym mieszkaniu i nadal o dziesięć kilogramów za gruba.
Jednak są to rzeczy, które jestem w stanie zmienić.
Jaki mam plan naprawczy? Oprócz ograniczenia wydawania pieniędzy zbyt impulsywnie, na pewno chcę skupić się na pozytywach. Nasze mieszkanie, dzięki naszemu wspólnemu wysiłkowi, staje się coraz piękniejsze. Zaoszczędzone pieniądze będziemy mogli zainwestować w dalsze dostosowywanie go do naszych potrzeb, a w dalszym planie na przeprowadzkę. Pracę chcąc nie chcąc będę zmieniać w ciągu najbliższego roku ze względu na czasowy typ umowy, może jednak warto uprzedzić rozwój wypadków i wcześniej znaleźć miejsce, w którym będę mogła się rozwijać. Waga też jest do zrzucenia. W końcu piętnaście kilogramów już "poszło", dlaczego więc miałoby mi się nie udać?

Mam nadzieję, że te małe kroczki przybliżą mnie do osiągnięcia (bardzo indywidualnie pojmowanego) spełnienia i szczęścia. 
Ten wpis, dość osobisty, będzie pierwszym z trzech. Niebawem napiszę co z tych moich planów wyszło.
Tematem slow fashion chcę się zająć osobno, skupiając się na poszczególnych etapach i na tym czy się sprawdziły, a co za tym idzie czy warto przeczytać książki autorki bloga Style Digger.

9 komentarzy:

  1. Przeczytałam tę książkę i cóż, zrobiłam jak autorka kazała-nawet worki na śmietniku podpisałam by ktoś wiedział co jest w środku. Mniejsza szafa, większy oddech. Aczkolwiek ja jakoś wielkiej ilości ciuchów nie miałam :) Gratów z mieszkania przy okazji remontu się pozbyłam,a teraz co tydzień w zasadzie robię przegląd:)
    Trzymam kciuki za zmiany i bycie dalej slow:)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy nadaję się do bycia "slow" ale na pewno wiele rad wprowadzę w życie. Warto spróbować :)

      Usuń
    2. wiadomo,nie każdy dzień będzie slow ;) ja staram się by w weekendu nieco odpuścić i robić to co na mam ochotę i cieszyć się chwilą:)

      Usuń
    3. Ja tez stawiam raczej na weekendy bo po pracy nadal do niewielu rzeczy potrafię sie zmusić ale doszlo do tego zaś ze żyje od weekendu do weekendu.

      Usuń
  2. BArdzo mądre podejście ANiu, kieruj się swoją intuicją. Ja nie czytam takich poradników, to dla mnie za bardzo wydumane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez miałam takie podejscie ale akurat przy tej książce tego nie czuć.

      Usuń
  3. Anna Pleśniak22 marca 2017 12:26

    Aniu. Najważniejsza jest samoswiadomosc,plan, chęci. Ty te rzeczy masz, spokojnie dotrzesz do celu. Ja się podzielę tym, co od lat praktykuje. Noszę w portfelu kartkę z marzeniami, życzeniami, planami. Np. Chcę mieszkać we Wrocławiu. Głęboko wierzę, że gdy noszę to przy sobie i trochę to pchne, wszystko się urzeczywistni. Wierz mi lub nie ale..większość planów została zrealizowana, niemożliwe stało się możliwe. Za miesiąc wyprowadzam się do Wrocławia z mojej wsi. Nigdy nie przypuszczalabym, że to się spełni. Karteczka działa. Moja kochana przyjaciółka, też zrobiła karteczke do portfela. I dziś ma już dziecko, o którym latami marzyła. Myślenie zyczeniowe i wizualizacja, wysyłanie sygnałów do świata to ważne rzeczy. Jednak trzeba w to wierzyć :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie zaszkodzi spróbować :)

      Usuń
  4. świetny post, książka wydaje się bardzo ciekawa:) Polecam zielone koktajle i spirulinę do picia będąc na diecie, pomaga:)Pozdrawiam!:)
    http://www.ladymademoiselle.pl/

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...