sobota, 30 maja 2015

I ain't no size 2

Maj w tym roku, przynajmniej tutaj dla nas na południu Polski, był raczej kapryśny. A ja dodatkowo te słoneczne dni na początku miesiąca przesiedziałam w domu. Gdy miałam powód by wyjść, akurat trafiał się deszcz i chłód więc trzeba było na siebie coś narzucić. Bardzo musiałam się starać by nie przemycać czerni do stylizacji, ale generalnie poległam w tej kwestii. W czerwcu się poprawię, obiecuję :)
Tym razem prezentuję stylizację z przewagą jasnych kolorów. Sukces! :) 
Wybrałyśmy się z mamą i siostrą do kina dokładnie tydzień temu. Na co? Na "Wiek Adaline". Odkąd usłyszałam o tym filmie w styczniu, wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Uznałyśmy z siostrą, że to fajny pomysł by zabrać mamę do kina na Dzień Matki. I choć dzień był dosyć chłodny i deszcz wisiał w powietrzu to postawiłam na wiosenną lekką stylizację, gdyż nie planowałyśmy wychodzić na zewnątrz ;) Bałam się, że nie znajdę miejsca parkingowego pod ziemią bo nie dość, że sobota (i parking za darmo) to jeszcze jakieś pokazy mody z Joanną Krupą miały być. Spodziewałam się tłumów. Okazało się jednak, że było spokojnie.
Najpierw zjadłyśmy pyszne gofry, a potem poszłyśmy na film. Bardzo nam się podobał choć wszystkie spodziewałyśmy się, że będzie więcej charakteryzacji kostiumowych pokazujących upływ czasu i niezmieniającą się główną bohaterkę. 
Po filmie skusiłyśmy się na frappe w McDonald's. Nie polecam. Sam lód. Jeszcze gorsza niż mrożona kawa ze Starbucks.
Wracając do zestawu. Mam na sobie nową pudrową spódniczkę upolowaną podczas promocji -40% w Reserved, zeszłoroczną bluzeczkę z Tesco i beżowe lordsy, które wybrałam ze względu na kurtkę (by nie było znów na czarno) i patrząc na zdjęcia stwierdzam, że jednak będę je nosić tylko do spodni, jakoś lepiej się wtedy prezentują. Czułam się dobrze w tym zestawie. A to najważniejsze. Spódniczka ma idealną dla mnie długość, krótsza za dużo by pokazywała. Po powrocie do rozmiaru sprzed diety czuję się bardzo źle i niewiele ubrań na mnie dobrze wygląda. Dlatego tak ważne jest dobranie czegoś odpowiedniego. Spódnica dwa centymetry dłuższa lub krótsza dodatkowo dodałaby mi kilogramów ;)






Bluzka - F&F
Spódnica - Reserved
Kurtka - ModoMania
Lordsy - czasnabuty.pl
Torba - humad.pl
Bransoletki - by Dziubeka
Zegarek - eCarla.pl

czwartek, 28 maja 2015

Moje perypetie z poszukiwaniem pracy czyli "zbyt ambitna" i "niepokorna"


Dziś trochę o mojej sytuacji zawodowej. Jak wiecie od początku marca szukałam nowej pracy.
Zwolniłam się bo czułam się niedoceniana w poprzedniej firmie. W dodatku jestem uczulona na chaos, a szefa najlepiej poznać po tym w jakim porządku utrzymuje swoje biuro. Mogłam o tym pomyśleć zanim się zatrudniłam. Choć w sumie nie żałuję, nabyłam trochę cennego doświadczenia. Ale w pewnym momencie stwierdziłam, że stać mnie na coś lepszego. Lubię pracę z ludźmi, ale nie w sytuacji, gdy obrywa mi się za czyjeś pomyłki. Zwłaszcza, że teoretycznie miałam bezpośrednio przejść od nowego miesiąca do innej firmy, w dodatku związanej z moim wykształceniem. Nic z tego nie wyszło bo okazali się niesłowni. W międzyczasie miałam mały epizod w salonie sukien ślubnych, jeśli pamiętacie. Chciałam robić coś innego, przyjemniejszego. Nie jest to jednak praca tak jak ją sobie wyobrażacie. Nie narobiłam się, to fakt. Dzień mijał leniwie, a klientki pojawiały się pod koniec zmiany. Przychodziłam jednak do domu zmęczona i zniechęcona. Poza tym nie interesuje mnie najniższa krajowa za pracę ponad pełen etat (wszystkie soboty robocze) i zerowa prowizja bo sezon na zamawianie sukien już się skończył, a następny zarobek dla firmy będzie w czerwcu, przy odbiorach. Ponadto szefowa traktowała nas jak niezbyt rozgarnięte osoby. Szybko zorientowałam się, że w ogóle mnie to nie kręci i tylko tracę czas, a przy okazji wypadam z rynku. Cały czas więc intensywnie szukałam czegoś innego. Generalnie w obszarze pracy biurowej i w obsłudze klienta. Niestety pod tego typu ogłoszeniami często ukrywa się telemarketing i inne zawody "niechciane". Aplikowałam na wszystkie sekretarki i asystentki w moim mieście i okolicy :)
Niestety z firm, na których mi zależało, nie dzwonili. Jedna praca okazała się pośrednictwem kredytowym. Chcieli mnie z marszu wysłać na szkolenie do Wrocławia z opłaconym hotelem i przejazdem. Cudownie, ale nikt mi nie płaci za ten tydzień i dwa kolejne. A jeśli mi się nie spodoba i przez ten pobyt we Wrocławiu odetnę sobie inne ścieżki? Ciągle bałam się zdecydować się na coś "na odczepnego" bo w miarę dobrze płacą, albo jest blisko, albo by już jakiś zarobek mieć, a nie czekać na telefon z pracą marzeń, który może nigdy nie zadzwonić. Chcieli mnie i w banku jako handlowca z własną działalnością, i do tych kredytów, ale też do telefonicznego obsługiwania klientów w biurze podróży eSKY.pl. Niby praca w zawodzie i zyskałabym doświadczenie w obsłudze systemów rezerwacyjnych co by mi się przydało gdybym później chciała dalej iść w tym kierunku. Ale jednak trzy zmiany to nie moja bajka. Siedzenie 8 godzin przy telefonie do 22:00 w niedzielę nie jest zbytnio atrakcyjne.
W międzyczasie brałam udział w rozbudowanej rekrutacji na różne stanowiska w firmie zajmującej się sprzedażą oprogramowania. Pierwszym etapem był test, który zaliczyłam bardzo dobrze z części językowej, ale z ogólnej dostałam tylko 6/11. Bardzo mnie zasmucił e-mail, w którym mi podziękowano. Początkowo zamknęłam skrzynkę i poszłam użalać się nad sobą :) Potem stwierdziłam, że odpiszę dziękując za informację i upewniając się, że na żadnym ze stanowisk bym się nie sprawdziła. Opłacało się. Można powiedzieć, że dostałam coś w rodzaju dzikiej karty. Wcisnęli mnie na rozmowę, która trwała godzinę i była bardzo szczegółowa. Wychodząc w głowie miałam tylko jedno - że się nie nadaję. Co prawda pensja wysoka, ale też wymagania duże. Uważałam, że to posada dla bardziej przebojowej ode mnie osoby. Nie jestem nieśmiała, już nie. Wypracowałam sobie pewność siebie. Ale nie jestem typem osoby, która sprzeda nawet piasek na pustyni.
Rozmowa była w tygodniu przed Wielkanocą. Na decyzję o tym, które trzy osoby przechodzą dalej miałam czekać do 13 kwietnia, a tymczasem musiałam dać odpowiedź tym z eSKY.pl (telefoniczna obsługa klientów). Podjęłam decyzję. Nie będę czekać ponad tydzień bo wiem, że nawet gdybym się dostała do II etapu to poległabym na prezentacjach. Tak jak wspomniałam, są osoby o wiele bardziej przebojowe. Czekając na umówiony telefon napisałam maila, że rezygnuję z dalszego udziału w rekrutacji, gdyż dostałam propozycję pracy zgodnie z wykształceniem (w eSKY już podczas rozmowy powiedziano mi, że mam tę posadę). Jakież było moje zdziwienie, gdy chwilę po odebraniu mojego maila Pani przeprowadzająca rekrutację w tej drugiej firmie zadzwoniła żebym nie rezygnowała bo byłam ich kandydatem numer jeden i mieli zamiar zaprosić mnie na II etap. Byłam w szoku. Obiecałam, że nie zrezygnuję i nagle okazało się, że wszystko może odbyć się 7 kwietnia. Chyba ich trochę pogoniłam :) Tego samego dnia otrzymałam zagadnienia do prezentacji, które musiałam opanować w sumie w trakcie Świąt. I zadania w arkuszu kalkulacyjnym bo Excela muszę mieć opanowanego by się nie pogubić na tym stanowisku. Po początkowej euforii związanej z rozmową, dopadło mnie przygnębienie bo wiedziałam, że będę musiała skorzystać z pomocy (choćby tej oferowanej przez sam program) by wybrać formułę odpowiednią do obliczenia każdego zadania. Nie ze wszystkimi miałam do czynienia w poprzedniej firmie. A mój marny wynik 6/11 wiązał się z różnego rodzaju zadaniami z treścią właśnie. Podeszłam więc do tego z myślą, że nie jestem w tym dobra. Nie denerwowałam się prezentacją. Wręcz nie mogłam się doczekać, by się zaprezentować. Nie poszło mi może idealnie bo nie czułam się pewnie opowiadając o produkcie, który znam tylko z teorii. Powiedzieli, że postarają się odezwać do końca tygodnia czyli do 10 kwietnia, ale nie obiecują. Miałam nadzieję, że obojętnie jaka będzie decyzja, poznam ją przed weekendem by się dodatkowo nie stresować.
W międzyczasie, nie licząc zbytnio na pozytywny odzew, zaczęłam szukać gdzie indziej. Zaprosili mnie do firmy kurierskiej (nie pojechałam), spedycyjnej i z branży medycznej. W tej ostatniej byłabym sekretarką w pięknie urządzonym biurze. Zaakceptowali moje warunki finansowe, co mnie zdziwiło bo lista obowiązków nie wydawała się jakoś skomplikowana. Odbieranie i przekierowywanie telefonów, segregacja korespondencji, jedynym wyzwaniem byłoby to, że szef jest Szwedem. Ucieszyłam się, że z ewentualną decyzją mieli zadzwonić dopiero po tej firmie, na której mi zależało. Chyba jednak byłam ich najlepszą kandydatką bo zdzwonili już dzień później, a ja z wrażenia... zgodziłam się :) Dobrze, że nie naciskali na podpisanie umowy już pierwszego dnia (właściwie to nikt nie wspomniał nic o umowie) bo stwierdziłam, że spisywanie zawartości korespondencji w książce kancelaryjnej przez 3/4 dnia to nie jest moje powołanie. Już około południa byłam śmiertelnie znudzona. A tu niespodzianka. Biuro podróży, dla którego zrezygnowałam z poprzedniej pracy jednak łaskawie postanowiło kontynuować rekrutację i zaprosili mnie na rozmowę z szefem, który wrócił z drugiego końca świata.
Tymczasem piątek 10 kwietnia minął, poniedziałek 13 kwietnia też... i nadal cisza ze strony "tej" firmy. Postanowiłam, że jeśli do 14:00 we wtorek 14 kwietnia się nie odezwą, to napiszę do nich maila. Ja rozumiem, że chcą mieć pewność, że wybrali najlepszą osobę, ale nie jest fajne przeciąganie rekrutacji ponad 3 tygodnie i skazywanie na bierne czekanie podczas, gdy sami namówili mnie na zrezygnowanie na rzecz ich procesu rekrutacyjnego z innych ofert. Może chcą zatrudnić tę jedyną osobę, która wytrwa? :)
Ostatecznie zadzwonili w środę 15 kwietnia. Byłam jedną z dwóch najlepszych kandydatek. Ale jednak tą drugą. Dziękujemy, mamy nadzieję, że doświadczenie zdobyte podczas tworzenia prezentacji przyda się w przyszłości. To był okropny dzień. Wiem, że nie powinnam się nastawiać, ale ta firma sama utwierdziła mnie w przekonaniu, że nadaję się na takie samodzielne stanowisko. Po tym wszystkim zrozumiałam, że nie dla mnie sekretarka czy asystentka. W poprzedniej pracy wkurzało mnie najbardziej to, że musiałam robić rzeczy, których szef nie chciał lub nie potrafił. Chyba prawdą jest to, co usłyszałam od pierwszej szefowej, rok temu. Brak mi pokory. Czy to źle? Pokora jest cnotą. Ale gdzie byśmy byli, gdybyśmy jako społeczeństwo byli tacy pokorni właśnie? Chyba jeszcze pod zaborami :P

Wracając do sedna sprawy. Tego samego dnia, 15 kwietnia, byłam na 3 rozmowach (w tym w dwóch firmach była to moja druga wizyta). Wszyscy mieli się odezwać do końca tygodnia i jakoś nikt się z tego nie wywiązał. Nie lubię niesłownych ludzi. Nikt ich nie przymuszał do obietnicy przecież. Mogli powiedzieć, że na przykład do następnej środy się odezwą. Wiedziałabym na czym stoję.
Jakimś wielkim zbiegiem okoliczności zadzwoniła jeszcze inna firma, mieszcząca się pod tym samym adresem co ta wcześniejsza wymarzona. Pierwszy plus więc już jest - łatwy dojazd. Szukam czegoś w Katowicach, ale nie w centrum. Po drugie - w branży kosmetycznej odnajdę się szybciej niż w oprogramowaniu komputerowym. Rekrutacja dopiero się jednak zaczęła, a mają nadzieję ją zakończyć do końca kwietnia. Tyle to ja nie mogłam czekać. To był piątek, lada chwila mieli dzwonić z poprzednich firm i zasypywać mnie propozycjami. Jak już jednak pisałam - telefon milczał i w piątek i w poniedziałek. I nagle - oczom nie wierzę - dzwoni ta firma kosmetyczna właśnie, że jestem najbliżej ich profilu kandydata idealnego. Zapraszają na drugą rozmowę w czwartek 23 kwietnia. To moja szczęśliwa data. Pomyślałam, że nie może być źle. Dzwonią, więc dodatkowo zaakceptowali moje warunki finansowe, bo naturalnie wcześniej padło magiczne "ile by Pani chciała zarabiać". Pełna euforii pojechałam tam z myślą, że jeszcze w kwietniu zacznę całkiem fajną pracę. Tego samego dnia jednak zadzwonili jeszcze z innej firmy. Może zrobiłam błąd, że nadal przeglądałam ogłoszenia i wysyłałam CV na stanowiska brzmiące interesująco? Firma pośredniczy w rekrutacji na anglojęzyczne stanowisko dla swojego klienta - firmy z branży nieruchomości (wyłącznie B2B). Office Manager - tak brzmiał tytuł. Rekruterka pyta czy możemy porozmawiać po angielsku. A ja w piżamie popijam kawę w łóżku. W ogóle nie umiałam się skupić. Ale mimo to powiedziała, że jest zadowolona z mojego poziomu i mam przyjechać na drugi dzień na spotkanie. A w międzyczasie mam przesłać CV po angielsku i sklecić list motywacyjny taki, by oczarować właściciela firmy z Londynu. Cudownie :/
Czy wspominałam, że proponują 2000zł netto pensji? I znów miałam dylemat. Rekrutacja miała składać się z kilku etapów, to wszystko trwa. A jeśli w tej firmie kosmetycznej mnie będą chcieli i musiałabym znów podjąć decyzję czy iść bardziej ambitną ścieżką czy cieszyć się tym wróblem w garści? Jeszcze przecież dzień wcześniej tańczyłam ze szczęścia, że będę miała fajną pracę. A tu mi wszystko popsuli nęcąc fajnym stanowiskiem i pieniędzmi, których gdzie indziej na oczy nie zobaczę :)
Niestety okazało się, że mam zbyt szerokie kwalifikacje. Jak to? Nawet nie wspomniałam przecież jeszcze, że piszę na klawiaturze z prędkością światła i piekę pyszne serniki??? :(
Postawili na kogoś z typowo asystenckim doświadczeniem. Moja rola asystentki ograniczała się do notowania szczegółów spotkań mojego szefa i przypominania mu o wizycie u fryzjera.
W kosmetycznej firmie też mi odmówili. Byłam bardzo zaskoczona.
Od początku maja nic się nie działo. Nikt nie dzwonił choć nie zmniejszyłam intensywności w wysyłaniu aplikacji. Całe dnie spędzałam w łóżku zniechęcona. Nadrobiłam zaległości książkowe i serialowe. Potem nagle znów kilka telefonów naraz. Hotel, kancelaria prawna, firma logistyczna. Najbardziej chciałam dostać się do tej kancelarii choć dosyć daleko musiałabym dojeżdżać. To znaczy nie długo bo głównie ekspresówkami i obwodnicą, ale daleko. Sporo musiałabym odkładać na benzynę. Ale po 3 miesiącach obiecali podwyżkę. Generalnie rozmowa z jedną ze wspólniczek okazała się najsympatyczniejszą ze wszystkich, na których byłam. Niestety byłam pierwszą kandydatką i bałam się, że do czasu zakończenia rekrutacji zdążą o mnie zapomnieć. Po wyjściu miałam ochotę się wrócić i błagać by wybrali właśnie mnie :) A na drugi dzień... pół "dniówki" na próbę w hotelu "Silesian". Nie ciągnie mnie do recepcjonistki w hotelu, choć to praca zgodna z moim wykształceniem. Właściwie to głównie zmiany po 12h mnie odstraszają. A w tym konkretnym hotelu też czepialska kierowniczka i niezbyt miły współpracownik, który już podczas pierwszej godziny kazał mi telefony odbierać choć nawet na oczy nie widziałam żadnej części hotelu oprócz kilku metrów kwadratowych lobby. I ja mam udzielać informacji gościom?
W międzyczasie pojawiła się oferta jeszcze fajniejsza od kancelarii. Za 2500zł netto na początek. Tak, to nie pomyłka, netto. Odpowiedzialna praca ale kobieta, która odchodzi (poznała faceta na drugim końcu Polski xD) też przyszła całkiem "zielona" 5 lat temu i pracodawca nie boi się wziąć znów kogoś takiego. Tego mi potrzeba. Pracy pełnej wyzwań, a nie posady recepcjonistki. Dwa dni temu byłam jeszcze w dwóch firmach aplikując do działu handlowego. W obu przypadkach miałabym super dojazd - do 15 minut autem. Miałam więc 4 firmy, z których w każdej by mi się podobało. Według rachunku prawdopodobieństwa przynajmniej w jednej muszą mnie chcieć :) Wszystko zależało od telefonu w środę czyli wczoraj. Firma za 2500zł podjęła decyzję. Jeśli na "tak" to skakałabym pod sufit. Jeśli na "nie" to zawsze jeszcze pozostawała nadzieja, że któraś z pozostałych, wcale nie mniej atrakcyjnych, mnie przyjmie. Tak to mniej więcej wyglądało przez ostatnich kilka miesięcy. Nie żałuję, że nie przyjęłam któryś z pierwszych ofert. Nie przeżyłabym wtedy tego wszystkiego :) Gdybym została tą sekretarką "na razie" jak sugerowałyście - nie miałabym kiedyś szukać czegoś nowego i chodzić na rozmowy.
Najlepszą jednak "pomoc" zaoferował mi Powiatowy Urząd Pracy. Staż za niecały 1000zł jako "pracownik biurowy". Podobno to pracodawca określa długość tego stażu. Na miejscu dowiedziałam się, że jednak jest narzucony z góry okres - 6 miesięcy. W dodatku podobno "zmiażdżyłam konkurencję" i na 90% mnie chcą - to usłyszałam po 5 minutach rozmowy kwalifikacyjnej. No ja się nie dziwię. Staż to forma zatrudnienia dla kogoś, kto chce nabyć doświadczenia, a nie dla kogoś kto już je ma. I tu po raz kolejny taki mały ukłon w stronę mojego byłego pracodawcy za to, że rzucił mnie na głęboką wodę. Miałam wiele różnorodnych obowiązków i dzięki temu dużo umiem choć to tylko 5 miesięcy było. Przecież jak tutaj kobieta usłyszała, że przygotowywałam oferty do przetargów to zrobiła wielkie oczy i wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z koleżanką. Nagle stwierdziła, że tej pracy biurowej nie ma aż tak tyle i w "wolnej chwili" mogłabym dzwonić do klientów skoro już to robiłam. A nie, przeprasza, wyraziła się "wydzwaniać" do klientów. Czyli niebezpiecznie zaczęło się to obracać w pracę telemarketera z dodatkową funkcją sekretarki od kserowania dokumentów. Z pełnym wymiarem godzin i pensją w formie stypendium stażowego. Piękna mi aktywacja bezrobotnych.

Podsumowując od końca lutego byłam na ok. 20 rozmowach, chyba nawet więcej a na 4 inne mnie zaprosili, ale nie pojechałam. Tydzień spędziłam w salonie sukien ślubnych dzięki czemu w marcu przynajmniej miałam jakieś drobne na dwa razy zakupy spożywcze w Biedronce :) Tam, gdzie mi zależało, to albo w ogóle nie dzwonili, albo wybrali kogoś innego. Tam, gdzie mnie chcieli, to ja odmawiałam bo zawsze były jakieś minusy. Nie szukałam pracy idealnej, takiej nie ma. Ale zrozumiałam, że muszę być ambitna. Już raz wzięłam to co mi dawali i nie skończyło się to szczęśliwie.

niedziela, 24 maja 2015

Pastelowo na wiosnę

Niedawno pokazywałam wam czerwoną rozkloszowaną spódnicę. Dziś czas na jej siostrę bliźniaczkę. Właściwie tę chabrową kupiłam pierwszą. Ktoś wystawił nową z metką na vinted.pl za 10zł. Takiej okazji nie można przegapić! :)
Poniższy zestaw miałam zamiar założyć na urodziny miesiąc temu, ale pogoda okazała się tak zimowa, że założyłam jeszcze gruby płaszcz i botki (stylizację z tego dnia pokazywałam tutaj). Cieszę się, że w końcu wiosna nam się rozkręciła na tyle, że mogę nosić takie pastelowe stylizacje. Bardzo dobrze się czułam w tym zestawie. Niestety nie miałam ostatnio zbyt wielu okazji by właśnie tak ładnie się ubrać. Zaszalałam więc na zwykły niedzielny obiad u rodziców :)
Może wydawać się, że jest fajnie i kolorowo. Odpoczywam w domu i nie mam stresów. Posty pojawiają się regularnie i jest super. Niestety prawda wygląda inaczej. Już nie mam siły szukać pracy. Gdy zależy mi na jakiejś posadzie to rekrutacja jest wieloetapowa lub wręcz przeprowadzana przez zewnętrzną firmę i zawsze jestem "jednym z najlepszych kandydatów" ale nie tym najlepszym. Gdy zaś mnie chcą, to jest to praca, której ja nie chcę. Nie wybrzydzam, daleko mi do przeceniania swoich umiejętności. Ale sekretarką, która podaje kawę może być każdy. Nie trzeba ukończyć studiów z najlepszym wynikiem. Niestety wiele takich niechcianych stanowisk kryje się w ogłoszeniach pod pracą biurową. Jakieś pośrednictwo kredytowe, call center i inne. Wiem, że może powinnam wziąć byle co by w końcu zacząć zarabiać, ale jak już pójdę do tego call center to tam utknę. I koło się zamknie. A ja dopiero co wyrwałam się z pracy, której nie lubiłam.
Z perspektywy tych ponad dwóch miesięcy na bezrobociu z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie żałuję odejścia. Choć mam załamanie nerwowe średnio trzy razy w tygodniu to i tak rzadziej niż pracując tam :)
Ach, trochę się osobiście i sentymentalnie zrobiło. Przedwczoraj byłam na pierwszym spotkaniu (i mam nadzieję, że ostatnim) z doradcą zawodowym w PUP. Już o tym wspominałam, a o moich poszukiwaniach tak generalnie - napiszę wkrótce, mam nadzieję, że od 1 czerwca zacznę gdzieś pracę.






Bluzka - outlet Calliope
Sweterek - Biedronka
Spódnica - Top Secret (vinted.pl)
Torba - outlet Calliope
Buty - allegro.pl
Bransoletka - Biedronka
Pierścionek - House

Pastele na wiosnę - MODNAPOLKA.pl

piątek, 22 maja 2015

Focused on details

 Czasem to dodatki "tworzą" zestaw. A oto przykład.
Codzienny "zwyklak", dżinsy, t-shirt i kurtka. Jedynie dodatki dodają nieco drapieżności :) 
Panterkowe lordsy gdzieś mi się zapodziały w czasie zimy. Przeprowadzałam się późnym latem i już nie zabrałam ich ze sobą. Zostały u rodziców razem ze słomkowymi kapeluszami i plażowymi sukienkami. Przyjechały dopiero w drugiej turze, tej wiosny :) Zupełnie o nich zapomniałam, a przecież są takie wygodne i świetnie dodają charakteru właśnie takim codziennym zestawom.
Ale takim dodatkiem może być z powodzeniem na przykład apaszka, ładny naszyjnik czy zegarek. A nawet czasem... lakier do paznokci ;) W moim przypadku to całkiem niepasujący liliowy fiolet, ale co tam ;)






T-shirt - Reserved
Kurtka - House
Jeansy - Next (ubarni.com.pl)
Lordsy - River Island
Torba - humad.pl
Bransoletki - Charms / Lokaah
Okulary - nn
I taki właśnie jest mój blog. Jak ten zestaw. Całkiem zwyczajny. Nie latam z aparatem w poszukiwaniu idealnego pleneru. Nie bawię się w przebieranki i szpilki w grudniu. Nie tworzę profesjonalnych minisesji bo nie jestem modelką. Po prostu realizuję założenia klasycznego "szafiarsko-lajfstajlowego" bloga. Jest okazja i mąż chętny zrobić kilka zdjęć to jest i post. Przeważnie po prostu pięć minut przed wyjściem, na tle naszej winorośli :)
Dziękuję wszystkim tym, którzy odwiedzają mnie właśnie ze względu na tą "zwyczajność". To już trzy lata. Dokładnie 22 maja 2012 napisałam pierwszy post pod tym adresem, przenosząc się na blogspot. Mamy więc dziś mały jubileusz. A już niedługo, 1 sierpnia minie cała dekada odkąd "wyżywam się" na blogu. Niezły staż, przyznajcie. Nie wiem czy kiedyś z tego zrezygnuję. Jak dotąd, nie zdarzyło mi się zrobić przerwy dłuższej niż dwa miesiące. Może kiedy powiększy nam się rodzina i znudzi mi się robienie zdjęć, wrócę do felietonów, od których zaczęłam :)

czwartek, 21 maja 2015

Różne odcienie beżu

Przedstawiam wam dziś całkiem zwyczajny zestaw. Wczoraj miałam umówione spotkanie w Urzędzie Pracy. Sama przyjemność :P
Pani, która sama jest stażystką, wyszukała mi aż trzy oferty pracy. Jedna to call center. Odpada. Dwie pozostałe to staże. Pierwszy na recepcji w hotelu. Cudownie, dzień po tym jak zrezygnowałam z pracy w hotelu za 1500zł ona proponuje mi staż w innym za 977zł. To się nazywa aktywizacja bezrobotnych. Trzecia oferta była pracy biurowej, ale z nieciekawym dojazdem. Muszę jednak pojechać tam by mi podbili, że byłam. W międzyczasie zadzwonili z jeszcze jednej firmy, znajdującej się całkiem niedaleko tej, z której się zwolniłam więc dojazd byłby niezły. Na miejscu jednak dowiedziałam się niewiele więcej niż z lakonicznego ogłoszenia składającego się z czterech zdań. Wymagania? Wiek poniżej 30 lat i zarejestrowanie w Urzędzie Pracy. Spełniam je więc wysłałam CV. Nie dowiedziałam się jednak ani za jaką stawkę miałabym pracować, ani jak długo miałby trwać wstępny okres umowy zlecenia. W twarz mi powiedziała, że robią "przesiew", a na drugiej rozmowie z szefem wszystkiego bym się dowiedziała. I coś dziwnie wypytywała jak reaguję na pracę z telefonem. Czyżby ukryty telemarketing? Nie dziękuję. Zmarnowałam tylko dzisiejszy poranek. A tak fajnie się zaczął. Pogaduszkami z koleżanką przy śniadaniu w kafejce. Jeszcze nigdy nie jadłam śniadania "na mieście".

No więc czekam teraz na odpowiedź z kancelarii, w której najbardziej chciałabym pracować. Ten staż jest mi więc zupełnie nie na rękę. Muszę albo szczerze powiedzieć, że mi się to nie opłaca i poprosić by mi wpisali, że mnie nie przyjmują (nie mogę sama nie przyjąć oferty bo nie wyrejestrują z PUP i nie będę ubezpieczona) albo po prostu "położyć" rozmowę. Ale więcej o moich perypetiach na bezrobociu napiszę następnym razem ;)
Poniżej zaś wczorajsze zdjęcia. Chwilę po tym jak je skończyliśmy i wsiedliśmy do auta tak się rozpadało, że pływaliśmy po drodze ;)







Kurtka - allegro.pl
Top - Terranova
Narzutka - outlet Calliope
Jeansy - Next (ubrani.com.pl)
Torba - outlet Calliope
Baleriny - nn
Naszyjniki - Sinsay

poniedziałek, 18 maja 2015

Recenzja: Palmer's Purifying Mask

 Na wstępie od razu zdradzę puentę: to najlepsza maska jaką miałam. Zainteresowani? Zapraszam do przeczytania mojej recenzji :)
Jest to produkt, który dostałam od firmy Palmer's do przetestowania przy okazji spotkania blogerek w Katowicach. Byłam pozytywnie nastawiona po recenzji Karoliny więc już pierwszego wieczoru zabrałam się do testowania :)
Jak wiadomo są maski i maseczki. Ja rozróżniam je w ten sposób: produkt o rzadkiej konsystencji, najczęściej sprzedawany w jednorazowych saszetkach, który po jakimś czasie sam się wchłonie i generalnie na twarzy jest bezbarwny to maseczka. Produkt zaś o gęstej konsystencji, który na twarzy "zastyga" tworząc jednolitą powłokę wymagającą zmycia to maska. W tym przypadku mamy zdecydowanie do czynienia z tym drugim.
Maska Palmer's jest w wygodnym opakowaniu o pojemności aż 120g.

 Maska ma gęstą, "gliniastą" konsystencję. Wystarczy niewielka ilość by nałożyć ją na całą twarz więc wiem, że starczy mi na bardzo długo - jest mega wydajna.
Co mówi producent?
Unikalna formuła oparta na bazie masła kakaowego i masła shea, wzbogacona witaminą E oraz glinką zieloną, delikatnie ściąga i głęboko oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i toksyn. Dodatek olejku ze słodkich migdałów, aloesu, rumianku oraz protein mleka, delikatnie nawilża, koi i łagodzi podrażnioną skórę, przywracając jej gładkość i miękkość.
Moja opinia?
Maska delikatnie chłodzi skórę. Ma świetny zapach i tak jak wspomniałam, gęstą konsystencję. Uczucie ściągania jest minimalne więc jej użytkowanie nie drażni skóry i przeważnie trzymam ją dłużej niż 10 minut zalecane na opakowaniu. Łatwo się zmywa. Polecam używać po niej dodatkowo kremu. W moim przypadku jest to krem na noc Palmer's.
Moja ocena?
10/10

niedziela, 17 maja 2015

Klasyka: granat i beż


Postawiłam dziś na kolejne z moich ulubionych połączeń: granatu z beżem. Jednocześnie bluzkę w paski zestawiłam z kontrastowym szalem w panterkę. Myślę, że ciekawym akcentem kolorystycznym w tym zestawie jest lakierowana torba. Długo szukałam idealnej czerwonej i gdy natrafiłam na idealną, nie wahałam się długo. Trochę musiałam zainwestować więc aż trzy rzeczy sprzedałam na Vinted by na nią uzbierać, ale warto było :)





Bluzka - eButik.pl
Spodnie - F&F
Kurtka - ModoMania
Szal - C&A
Torba - David Jones
Lordsy - czasnabuty.pl

piątek, 15 maja 2015

Czarny kombinezon w całkiem nowym wydaniu

Jakiego to ja koloru obiecałam unikać? Czarnego? Nie wydaje mi się ;)
A tak poważnie to starałam się, ale nie jestem stworzona do noszenia pasteli. Jeśli już stawiam na jakiś kolor to zawsze łączę go jednak przede wszystkim z czernią. Tym razem w postaci kombinezonu kupionego rok temu i... to chyba była ostatnia jego odsłona. Niby fajnie, niby wygodnie, ale jednak nie dla mnie góry bez ramiączek. Same rozumiecie ;)







Kombinezon - New Yorker
Sweter - outletka.com
Torba - humad.pl
Baleriny - Level F
Zegarek - blink-bizuteria.pl
Bransoletka, naszyjnik - Sinsay

Można by pomyśleć, że wybraliśmy się na wycieczkę gdzieś w góry, a tymczasem takie piękne plenery to u nas w Katowicach, pół kilometra od domu moich rodziców, idealne miejsce na popołudniowy spacer :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...