czwartek, 28 maja 2015

Moje perypetie z poszukiwaniem pracy czyli "zbyt ambitna" i "niepokorna"


Dziś trochę o mojej sytuacji zawodowej. Jak wiecie od początku marca szukałam nowej pracy.
Zwolniłam się bo czułam się niedoceniana w poprzedniej firmie. W dodatku jestem uczulona na chaos, a szefa najlepiej poznać po tym w jakim porządku utrzymuje swoje biuro. Mogłam o tym pomyśleć zanim się zatrudniłam. Choć w sumie nie żałuję, nabyłam trochę cennego doświadczenia. Ale w pewnym momencie stwierdziłam, że stać mnie na coś lepszego. Lubię pracę z ludźmi, ale nie w sytuacji, gdy obrywa mi się za czyjeś pomyłki. Zwłaszcza, że teoretycznie miałam bezpośrednio przejść od nowego miesiąca do innej firmy, w dodatku związanej z moim wykształceniem. Nic z tego nie wyszło bo okazali się niesłowni. W międzyczasie miałam mały epizod w salonie sukien ślubnych, jeśli pamiętacie. Chciałam robić coś innego, przyjemniejszego. Nie jest to jednak praca tak jak ją sobie wyobrażacie. Nie narobiłam się, to fakt. Dzień mijał leniwie, a klientki pojawiały się pod koniec zmiany. Przychodziłam jednak do domu zmęczona i zniechęcona. Poza tym nie interesuje mnie najniższa krajowa za pracę ponad pełen etat (wszystkie soboty robocze) i zerowa prowizja bo sezon na zamawianie sukien już się skończył, a następny zarobek dla firmy będzie w czerwcu, przy odbiorach. Ponadto szefowa traktowała nas jak niezbyt rozgarnięte osoby. Szybko zorientowałam się, że w ogóle mnie to nie kręci i tylko tracę czas, a przy okazji wypadam z rynku. Cały czas więc intensywnie szukałam czegoś innego. Generalnie w obszarze pracy biurowej i w obsłudze klienta. Niestety pod tego typu ogłoszeniami często ukrywa się telemarketing i inne zawody "niechciane". Aplikowałam na wszystkie sekretarki i asystentki w moim mieście i okolicy :)
Niestety z firm, na których mi zależało, nie dzwonili. Jedna praca okazała się pośrednictwem kredytowym. Chcieli mnie z marszu wysłać na szkolenie do Wrocławia z opłaconym hotelem i przejazdem. Cudownie, ale nikt mi nie płaci za ten tydzień i dwa kolejne. A jeśli mi się nie spodoba i przez ten pobyt we Wrocławiu odetnę sobie inne ścieżki? Ciągle bałam się zdecydować się na coś "na odczepnego" bo w miarę dobrze płacą, albo jest blisko, albo by już jakiś zarobek mieć, a nie czekać na telefon z pracą marzeń, który może nigdy nie zadzwonić. Chcieli mnie i w banku jako handlowca z własną działalnością, i do tych kredytów, ale też do telefonicznego obsługiwania klientów w biurze podróży eSKY.pl. Niby praca w zawodzie i zyskałabym doświadczenie w obsłudze systemów rezerwacyjnych co by mi się przydało gdybym później chciała dalej iść w tym kierunku. Ale jednak trzy zmiany to nie moja bajka. Siedzenie 8 godzin przy telefonie do 22:00 w niedzielę nie jest zbytnio atrakcyjne.
W międzyczasie brałam udział w rozbudowanej rekrutacji na różne stanowiska w firmie zajmującej się sprzedażą oprogramowania. Pierwszym etapem był test, który zaliczyłam bardzo dobrze z części językowej, ale z ogólnej dostałam tylko 6/11. Bardzo mnie zasmucił e-mail, w którym mi podziękowano. Początkowo zamknęłam skrzynkę i poszłam użalać się nad sobą :) Potem stwierdziłam, że odpiszę dziękując za informację i upewniając się, że na żadnym ze stanowisk bym się nie sprawdziła. Opłacało się. Można powiedzieć, że dostałam coś w rodzaju dzikiej karty. Wcisnęli mnie na rozmowę, która trwała godzinę i była bardzo szczegółowa. Wychodząc w głowie miałam tylko jedno - że się nie nadaję. Co prawda pensja wysoka, ale też wymagania duże. Uważałam, że to posada dla bardziej przebojowej ode mnie osoby. Nie jestem nieśmiała, już nie. Wypracowałam sobie pewność siebie. Ale nie jestem typem osoby, która sprzeda nawet piasek na pustyni.
Rozmowa była w tygodniu przed Wielkanocą. Na decyzję o tym, które trzy osoby przechodzą dalej miałam czekać do 13 kwietnia, a tymczasem musiałam dać odpowiedź tym z eSKY.pl (telefoniczna obsługa klientów). Podjęłam decyzję. Nie będę czekać ponad tydzień bo wiem, że nawet gdybym się dostała do II etapu to poległabym na prezentacjach. Tak jak wspomniałam, są osoby o wiele bardziej przebojowe. Czekając na umówiony telefon napisałam maila, że rezygnuję z dalszego udziału w rekrutacji, gdyż dostałam propozycję pracy zgodnie z wykształceniem (w eSKY już podczas rozmowy powiedziano mi, że mam tę posadę). Jakież było moje zdziwienie, gdy chwilę po odebraniu mojego maila Pani przeprowadzająca rekrutację w tej drugiej firmie zadzwoniła żebym nie rezygnowała bo byłam ich kandydatem numer jeden i mieli zamiar zaprosić mnie na II etap. Byłam w szoku. Obiecałam, że nie zrezygnuję i nagle okazało się, że wszystko może odbyć się 7 kwietnia. Chyba ich trochę pogoniłam :) Tego samego dnia otrzymałam zagadnienia do prezentacji, które musiałam opanować w sumie w trakcie Świąt. I zadania w arkuszu kalkulacyjnym bo Excela muszę mieć opanowanego by się nie pogubić na tym stanowisku. Po początkowej euforii związanej z rozmową, dopadło mnie przygnębienie bo wiedziałam, że będę musiała skorzystać z pomocy (choćby tej oferowanej przez sam program) by wybrać formułę odpowiednią do obliczenia każdego zadania. Nie ze wszystkimi miałam do czynienia w poprzedniej firmie. A mój marny wynik 6/11 wiązał się z różnego rodzaju zadaniami z treścią właśnie. Podeszłam więc do tego z myślą, że nie jestem w tym dobra. Nie denerwowałam się prezentacją. Wręcz nie mogłam się doczekać, by się zaprezentować. Nie poszło mi może idealnie bo nie czułam się pewnie opowiadając o produkcie, który znam tylko z teorii. Powiedzieli, że postarają się odezwać do końca tygodnia czyli do 10 kwietnia, ale nie obiecują. Miałam nadzieję, że obojętnie jaka będzie decyzja, poznam ją przed weekendem by się dodatkowo nie stresować.
W międzyczasie, nie licząc zbytnio na pozytywny odzew, zaczęłam szukać gdzie indziej. Zaprosili mnie do firmy kurierskiej (nie pojechałam), spedycyjnej i z branży medycznej. W tej ostatniej byłabym sekretarką w pięknie urządzonym biurze. Zaakceptowali moje warunki finansowe, co mnie zdziwiło bo lista obowiązków nie wydawała się jakoś skomplikowana. Odbieranie i przekierowywanie telefonów, segregacja korespondencji, jedynym wyzwaniem byłoby to, że szef jest Szwedem. Ucieszyłam się, że z ewentualną decyzją mieli zadzwonić dopiero po tej firmie, na której mi zależało. Chyba jednak byłam ich najlepszą kandydatką bo zdzwonili już dzień później, a ja z wrażenia... zgodziłam się :) Dobrze, że nie naciskali na podpisanie umowy już pierwszego dnia (właściwie to nikt nie wspomniał nic o umowie) bo stwierdziłam, że spisywanie zawartości korespondencji w książce kancelaryjnej przez 3/4 dnia to nie jest moje powołanie. Już około południa byłam śmiertelnie znudzona. A tu niespodzianka. Biuro podróży, dla którego zrezygnowałam z poprzedniej pracy jednak łaskawie postanowiło kontynuować rekrutację i zaprosili mnie na rozmowę z szefem, który wrócił z drugiego końca świata.
Tymczasem piątek 10 kwietnia minął, poniedziałek 13 kwietnia też... i nadal cisza ze strony "tej" firmy. Postanowiłam, że jeśli do 14:00 we wtorek 14 kwietnia się nie odezwą, to napiszę do nich maila. Ja rozumiem, że chcą mieć pewność, że wybrali najlepszą osobę, ale nie jest fajne przeciąganie rekrutacji ponad 3 tygodnie i skazywanie na bierne czekanie podczas, gdy sami namówili mnie na zrezygnowanie na rzecz ich procesu rekrutacyjnego z innych ofert. Może chcą zatrudnić tę jedyną osobę, która wytrwa? :)
Ostatecznie zadzwonili w środę 15 kwietnia. Byłam jedną z dwóch najlepszych kandydatek. Ale jednak tą drugą. Dziękujemy, mamy nadzieję, że doświadczenie zdobyte podczas tworzenia prezentacji przyda się w przyszłości. To był okropny dzień. Wiem, że nie powinnam się nastawiać, ale ta firma sama utwierdziła mnie w przekonaniu, że nadaję się na takie samodzielne stanowisko. Po tym wszystkim zrozumiałam, że nie dla mnie sekretarka czy asystentka. W poprzedniej pracy wkurzało mnie najbardziej to, że musiałam robić rzeczy, których szef nie chciał lub nie potrafił. Chyba prawdą jest to, co usłyszałam od pierwszej szefowej, rok temu. Brak mi pokory. Czy to źle? Pokora jest cnotą. Ale gdzie byśmy byli, gdybyśmy jako społeczeństwo byli tacy pokorni właśnie? Chyba jeszcze pod zaborami :P

Wracając do sedna sprawy. Tego samego dnia, 15 kwietnia, byłam na 3 rozmowach (w tym w dwóch firmach była to moja druga wizyta). Wszyscy mieli się odezwać do końca tygodnia i jakoś nikt się z tego nie wywiązał. Nie lubię niesłownych ludzi. Nikt ich nie przymuszał do obietnicy przecież. Mogli powiedzieć, że na przykład do następnej środy się odezwą. Wiedziałabym na czym stoję.
Jakimś wielkim zbiegiem okoliczności zadzwoniła jeszcze inna firma, mieszcząca się pod tym samym adresem co ta wcześniejsza wymarzona. Pierwszy plus więc już jest - łatwy dojazd. Szukam czegoś w Katowicach, ale nie w centrum. Po drugie - w branży kosmetycznej odnajdę się szybciej niż w oprogramowaniu komputerowym. Rekrutacja dopiero się jednak zaczęła, a mają nadzieję ją zakończyć do końca kwietnia. Tyle to ja nie mogłam czekać. To był piątek, lada chwila mieli dzwonić z poprzednich firm i zasypywać mnie propozycjami. Jak już jednak pisałam - telefon milczał i w piątek i w poniedziałek. I nagle - oczom nie wierzę - dzwoni ta firma kosmetyczna właśnie, że jestem najbliżej ich profilu kandydata idealnego. Zapraszają na drugą rozmowę w czwartek 23 kwietnia. To moja szczęśliwa data. Pomyślałam, że nie może być źle. Dzwonią, więc dodatkowo zaakceptowali moje warunki finansowe, bo naturalnie wcześniej padło magiczne "ile by Pani chciała zarabiać". Pełna euforii pojechałam tam z myślą, że jeszcze w kwietniu zacznę całkiem fajną pracę. Tego samego dnia jednak zadzwonili jeszcze z innej firmy. Może zrobiłam błąd, że nadal przeglądałam ogłoszenia i wysyłałam CV na stanowiska brzmiące interesująco? Firma pośredniczy w rekrutacji na anglojęzyczne stanowisko dla swojego klienta - firmy z branży nieruchomości (wyłącznie B2B). Office Manager - tak brzmiał tytuł. Rekruterka pyta czy możemy porozmawiać po angielsku. A ja w piżamie popijam kawę w łóżku. W ogóle nie umiałam się skupić. Ale mimo to powiedziała, że jest zadowolona z mojego poziomu i mam przyjechać na drugi dzień na spotkanie. A w międzyczasie mam przesłać CV po angielsku i sklecić list motywacyjny taki, by oczarować właściciela firmy z Londynu. Cudownie :/
Czy wspominałam, że proponują 2000zł netto pensji? I znów miałam dylemat. Rekrutacja miała składać się z kilku etapów, to wszystko trwa. A jeśli w tej firmie kosmetycznej mnie będą chcieli i musiałabym znów podjąć decyzję czy iść bardziej ambitną ścieżką czy cieszyć się tym wróblem w garści? Jeszcze przecież dzień wcześniej tańczyłam ze szczęścia, że będę miała fajną pracę. A tu mi wszystko popsuli nęcąc fajnym stanowiskiem i pieniędzmi, których gdzie indziej na oczy nie zobaczę :)
Niestety okazało się, że mam zbyt szerokie kwalifikacje. Jak to? Nawet nie wspomniałam przecież jeszcze, że piszę na klawiaturze z prędkością światła i piekę pyszne serniki??? :(
Postawili na kogoś z typowo asystenckim doświadczeniem. Moja rola asystentki ograniczała się do notowania szczegółów spotkań mojego szefa i przypominania mu o wizycie u fryzjera.
W kosmetycznej firmie też mi odmówili. Byłam bardzo zaskoczona.
Od początku maja nic się nie działo. Nikt nie dzwonił choć nie zmniejszyłam intensywności w wysyłaniu aplikacji. Całe dnie spędzałam w łóżku zniechęcona. Nadrobiłam zaległości książkowe i serialowe. Potem nagle znów kilka telefonów naraz. Hotel, kancelaria prawna, firma logistyczna. Najbardziej chciałam dostać się do tej kancelarii choć dosyć daleko musiałabym dojeżdżać. To znaczy nie długo bo głównie ekspresówkami i obwodnicą, ale daleko. Sporo musiałabym odkładać na benzynę. Ale po 3 miesiącach obiecali podwyżkę. Generalnie rozmowa z jedną ze wspólniczek okazała się najsympatyczniejszą ze wszystkich, na których byłam. Niestety byłam pierwszą kandydatką i bałam się, że do czasu zakończenia rekrutacji zdążą o mnie zapomnieć. Po wyjściu miałam ochotę się wrócić i błagać by wybrali właśnie mnie :) A na drugi dzień... pół "dniówki" na próbę w hotelu "Silesian". Nie ciągnie mnie do recepcjonistki w hotelu, choć to praca zgodna z moim wykształceniem. Właściwie to głównie zmiany po 12h mnie odstraszają. A w tym konkretnym hotelu też czepialska kierowniczka i niezbyt miły współpracownik, który już podczas pierwszej godziny kazał mi telefony odbierać choć nawet na oczy nie widziałam żadnej części hotelu oprócz kilku metrów kwadratowych lobby. I ja mam udzielać informacji gościom?
W międzyczasie pojawiła się oferta jeszcze fajniejsza od kancelarii. Za 2500zł netto na początek. Tak, to nie pomyłka, netto. Odpowiedzialna praca ale kobieta, która odchodzi (poznała faceta na drugim końcu Polski xD) też przyszła całkiem "zielona" 5 lat temu i pracodawca nie boi się wziąć znów kogoś takiego. Tego mi potrzeba. Pracy pełnej wyzwań, a nie posady recepcjonistki. Dwa dni temu byłam jeszcze w dwóch firmach aplikując do działu handlowego. W obu przypadkach miałabym super dojazd - do 15 minut autem. Miałam więc 4 firmy, z których w każdej by mi się podobało. Według rachunku prawdopodobieństwa przynajmniej w jednej muszą mnie chcieć :) Wszystko zależało od telefonu w środę czyli wczoraj. Firma za 2500zł podjęła decyzję. Jeśli na "tak" to skakałabym pod sufit. Jeśli na "nie" to zawsze jeszcze pozostawała nadzieja, że któraś z pozostałych, wcale nie mniej atrakcyjnych, mnie przyjmie. Tak to mniej więcej wyglądało przez ostatnich kilka miesięcy. Nie żałuję, że nie przyjęłam któryś z pierwszych ofert. Nie przeżyłabym wtedy tego wszystkiego :) Gdybym została tą sekretarką "na razie" jak sugerowałyście - nie miałabym kiedyś szukać czegoś nowego i chodzić na rozmowy.
Najlepszą jednak "pomoc" zaoferował mi Powiatowy Urząd Pracy. Staż za niecały 1000zł jako "pracownik biurowy". Podobno to pracodawca określa długość tego stażu. Na miejscu dowiedziałam się, że jednak jest narzucony z góry okres - 6 miesięcy. W dodatku podobno "zmiażdżyłam konkurencję" i na 90% mnie chcą - to usłyszałam po 5 minutach rozmowy kwalifikacyjnej. No ja się nie dziwię. Staż to forma zatrudnienia dla kogoś, kto chce nabyć doświadczenia, a nie dla kogoś kto już je ma. I tu po raz kolejny taki mały ukłon w stronę mojego byłego pracodawcy za to, że rzucił mnie na głęboką wodę. Miałam wiele różnorodnych obowiązków i dzięki temu dużo umiem choć to tylko 5 miesięcy było. Przecież jak tutaj kobieta usłyszała, że przygotowywałam oferty do przetargów to zrobiła wielkie oczy i wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z koleżanką. Nagle stwierdziła, że tej pracy biurowej nie ma aż tak tyle i w "wolnej chwili" mogłabym dzwonić do klientów skoro już to robiłam. A nie, przeprasza, wyraziła się "wydzwaniać" do klientów. Czyli niebezpiecznie zaczęło się to obracać w pracę telemarketera z dodatkową funkcją sekretarki od kserowania dokumentów. Z pełnym wymiarem godzin i pensją w formie stypendium stażowego. Piękna mi aktywacja bezrobotnych.

Podsumowując od końca lutego byłam na ok. 20 rozmowach, chyba nawet więcej a na 4 inne mnie zaprosili, ale nie pojechałam. Tydzień spędziłam w salonie sukien ślubnych dzięki czemu w marcu przynajmniej miałam jakieś drobne na dwa razy zakupy spożywcze w Biedronce :) Tam, gdzie mi zależało, to albo w ogóle nie dzwonili, albo wybrali kogoś innego. Tam, gdzie mnie chcieli, to ja odmawiałam bo zawsze były jakieś minusy. Nie szukałam pracy idealnej, takiej nie ma. Ale zrozumiałam, że muszę być ambitna. Już raz wzięłam to co mi dawali i nie skończyło się to szczęśliwie.

15 komentarzy:

  1. Doskonale Cię rozumiem. Pamiętam co mi powiedziano w pracy którą podjęłam kończąc studia, że jeśli nie zacznę szukać czegoś ambitniejszego to ''utknę w tamtym miejscu'' i to prawda, wielu moich znajomych utknęło w taki sposób w sklepach spożywczych czy obuwniczych (oczywiście z wykształceniem mgr). Trzeba więc być ambitnym.
    Najgorzej, że pracodawcy, tak jak piszesz są niesłowni - nie oddzwaniają albo pisząc ogłoszenia mijają się z prawdą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy to kwestia dumy czy tego, że sama odeszłam z poprzedniej pracy ale nie chcę wlaśnie iść do obuwniczego tak jak napisałaś. Choć wielu magistrów musi i to właśnie jest smutne.
      A pracodawcy są w mniejszości. Stanowią niewielką podaż podczas gdy popyt jest ogromny i wiedząc o tym mogą sobie przebierać. Sama bym tak zrobiła - wybrała najlepszą opcję dla swojego biznesu, najlepszego pracownika. Ale czemu by nie okazać się też miłym dla pozostałych, ktorych odrzucam? W koncu poświęcili mi mój czas i przyszli. Warto do nich zadzwonić. A nie napisać maila tak jak na przykład do mnie wczoraj. W kancelarii się nie udało. Dostałam odmownego maila =.='

      Usuń
    2. To co jest pewne to że trzeba być wytrwałym i nabywać doświadczenie, wiem co mówię - sama zdecydowałam się na staż (a nie na sklep obuwniczy :P).
      Powodzenia!

      Usuń
  2. szuanie pracy w dzisiejszych czasach to tragedia - wiem po sobie. Jak pracy szukam tak szukam i szukam. Sama już nie wiem w którą stronę iśc. Nie jestem mega wymagająca, ale też chciałabym dość dobrze trafić. Nie po to studiowałam, robiłam dodatkową szkołę, projekty itd. Jak czytam to aż mi smutno,że w Polsce jest taki problem z pracą... Mam nadzieję,że znajdziesz pracę, która będzie spełniala Twoje oczekiwania;-)
    Sandicious

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj miałam kolejne załamanie i myśli, że jednak przepuściłam kilka okazji bo mi np nie pasowały późne godziny albo mało ambitne obowiązki i że jednak poszukam byle czego. Ale dziś się opamiętałam :D Będę szukać do skutku ambitnej pracy :) Tak jak wspomniałaś - nie po to studiowałyśmy by w kawiarni pracować :)

      Usuń
  3. ja wreszcie mam tzn zaczynam od poniedziałku w biurze podróży, tyle, że te godziny 9-17 i dojazd, wiem, że wiele osób tak ma, ale jakoś wydaje mi się, że będzie mi ciężko ze świadomością, że wychodzę o 8 a wracam o 18 30

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O fajnie, mi się w biurze podroży (takim zwykłym, nie internetowym) nie udało. I też wolę 6-16 choć trudniej się wstaje. Ale w salonie pracowałam 10-18, to dopiero masakra.

      Usuń
  4. Powtórzę, jeżeli masz możliwość szukania pracy bliskiej ideałowi to warto szukać i być cierpliwym. Dziś studia niewiele dają-jeżeli nie skończyło się medycyny, czy jakiegoś kierunku na politechnice, bardziej liczą się kompetencje miękkie, które niestety nabywa się głównie w pracy. Nie oszukujmy się, nie znajdzie się praca dla każdego absolwenta turystyki, pedagogiki, politologii czy europeistyki w zawodzie-te kierunki są stratą czasu. Trzeba szukać gdzie indziej. Ale mam nadzieję,że niebawem pochwalisz się fajną pracą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uważam, że turystyka była stratą czasu. Niestety jak widać, w turystyce może pracować każdy i prędzej zatrudnią kogoś kto np w ogóle na studia nie poszedł i te 5 lat pracował choćby w obuwniczym czy call center. Ma doświadczenie w sprzedaży - to się liczy dla pracodawcy.
      Moim problemem na pewno jest to, że za bardzo mi zależy. Wyobrażam sobie siebie na danym stanowisku a oni dzwonią, że wybrali kogoś innego. I po raz kolejny muszę się ponieść i jutro idę na 26 rozmowę o pracę.

      Usuń
    2. To znaczy ja też nie uważam,że moja historia była stratą czasu dla mnie, ale dla pracodawcy tak. Bo moi koledzy i koleżanki pracują jako kelnerzy, recepcjonistki, w sklepach i tam nie liczy się znajomość dat, a ja doświadczenie. Którego nam brakuje. Wniosek? Lepiej byłoby iść do pracy po maturze niż na historię. I tak jest z większością absolwentów politologii, pedagogiki itp

      Usuń
    3. No tak. Ja cenię sobie to, że mam wyższe wykształcenie. I wiem że na zaocznych tyle bym się nie nauczyła. Ale faktycznie może lepiej było na nie iść i mieć już 5 lat doświadczenia bo w mojej poprzedniej pracy to tylko ja miałam skończone studia :P I nie było to w ogóle konieczne.

      Usuń
  5. Dziś studia to jak kiedyś zawodówka.Prawie każdy idzie na studia.A pracę znajduje się głównie po znajomości.Mieszkam na zachodzie dużo polskich magistrów pracuje na kasie,w kuchni,znam ich osobiście.Są zadowoleni bo mają na godne życie.Nikt nie pogardza ich nowym zawodem.Nie jest tu ważne stopień naukowy,tytuł mgr tylko liczy się szacunek dla wszystkich.Nie liczy się co wykonujesz.Nawet sprzątaczka ma szacunek w pracy nie tylko szefa ale współpracownicy nie traktują jej jak kogoś gorszego,komu nie chciało się uczyć.W Polsce pracowałam w biurze dawno temu bez studiów a znałam osoby po dziennych ,którym musiałam pomagać ciągle a i tak nie rozumiały.Studia nie znaczą,że się wszystko wie i dużo nauczyło.Większość wiedzy jest niepotrzebna do życia i pracy.Powodzenia życzę.Abyś znalazła pracę marzeń,godną i dobrze płatną.Tylko trochę pokory dla innych bo to życie uczy więcej niż studia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Mhm .... Zgodzę się z poprzednią opinią trochę pokory ....jak jest się za bardzo ambitnym też niedobrze...ludzie w dzisiejszych czasach jako laboranci albo pracy nie mają w Polsce albo płacą grosze np . analityk medyczny ma około 1600 na rękę....a nie oszukujmy się dużo ludzie jest po awf i dużo jest studentów to ,że się ma magistra nie oznacza,że od razu dadzą złote góry...l.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzę, że obie osoby nie zrozumiały przesłania wpisu.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...