sobota, 30 czerwca 2012

Miasta moich marzeń :)

Ostatnio zastanawiając się nad wakacjami i marzeniami co do wyjazdów po raz kolejny doszłam do wniosku, że w ogóle nie ciągnie mnie do Paryża. Na tego typu przemyślenia nakierował mnie post pewnej szafiarki, która chwaliła się swoim sweterkiem z Wieżą Eiffla. W ogóle mi do gustu ten trend nie przypadł.

To samo jeśli chodzi o oklejanie się Statuą Wolności. Przyznaję się bez bicia, że mam jedną koszulkę z flagą USA (o nie wróć, jeszcze tą co tam kupiłam ale w niej tylko śpię xD) ale zastanawia mnie inna rzecz... jakby na allegro wpisać kolczyki z flagą widać, że są chętni na brytyjską, amerykańską a polska jakoś nie schodzi (a z taką też są). Ciekawe to. Trochę przykre. Ciekawe, że torebek z Pałacem Kultury nie robią. A może ja o czymś nie wiem? :)
Ale wracając do miast, przyszła mi do głowy cała lista miejsc, które są na mojej wyimaginowanej liście przed Paryżem.
1. Rzym

2. Londyn

3. Los Angeles

4. Nowy Jork (tak znowu, Nowego Jorku nigdy za wiele :D)

5. Moskwa

6. Barcelona

7. Sydney


8. San Francisco

9. Seattle

10. Tokio
I dopiero
11. Paryż :) 

Może moje odczucia wiążą się też z tym, że nie umiem po francusku i generalnie wolę jechać tam gdzie dogadam się po angielsku (opcjonalnie po rosyjsku). A wy jakie macie odczucia? Może któraś miała okazję zwiedzać Paryż?:)

czwartek, 28 czerwca 2012

How to play "Yellow car" xD

Dla rozluźnienia atmosfery przedstawię wam ciekawy filmik. Bardzo poprawił mi humor, gdy pewnego dnia siostra mi go pokazała :)
Od tego czasu ciągle gdy widzę żółty samochód mówię "yellow car". A najlepsze w tej zabawie jest to, że nigdy się nie kończy :D:D

wtorek, 26 czerwca 2012

Poszukiwań pracy ciąg dalszy

Zacznę od mojej poniedziałkowej wizyty w banku ING. Okazała się całkowitą stratą czasu. Usługi przysprzedażowe to według nich stanie na ulicy i zaczepianie ludzi z prośbą o wypełnienie ankiety. Jeśli mnie pamięć nie myli to zaczepił mnie chłopak z ING, gdy w zeszłym tygodniu akurat tam szłam na rozmowę. Paradoks :P Sama go olałam i tak właśnie miałabym być olewana. Pani w banku zapewniała, że stawka wynosi 6zł/h (zakładając, że wypełni się 6 ankiet po 1zł każda). Sama mogę wybrać gdzie chcę stać i w jakich godzinach. Lepiej jednak wybierać ruchliwe miejsca. Tak myślą wszystkie firmy i dzięki temu słynna w Katowicach ul. Stawowa zwana jest ulicą Makulatury - to od ilości ulotek, które ci wciskają w ręce. A jeszcze od czasu do czasu jakiś ankieter się trafi. Nie dziękuję.
Wtedy pani Marzena z banku (tak się przedstawiła, samym imieniem :P) powiedziała, że szukają też osób do ankietowania telefonicznego. 100 rozmów dziennie daje 25zł co przy opcji, że nie namówi się nikogo na spotkanie daje 400zł miesięcznie. Kogo oni szukają? Licealistów? Po co dwa razy zmarnowali mój czas?Autobusem z centrum tłukłam się 1,5 godziny. 
Takim to sposobem pół poniedziałku zmarnowałam dla kobiety z za małej marynarce i faceta w srebrnym garniturze. Halo? Co to ma być? Wesele w Wilkowyjach?
Dziś za to od 11:00 do 13:00 miałam być na recepcji hotelu Qubus. Przyszłam przed czasem, bardzo miła "koleżanka z pracy" Hania pokazała mi gdzie się przebrać. Kierowniczka recepcji Ania powiedziała, że około 1,5 godziny będę razem z Hanią, która pokaże mi co i jak. Trochę mi poopowiadała jak to wygląda, przysłuchiwałam się jej rozmowom telefonicznym i obsłudze klienta. Jednak gdy ona była zajęta, to do mnie podchodzili goście. Trochę mi głupio było bo przecież nie wiedziałam jak kogoś zameldować, a pewien nerwowy jegomość, który zapewne nocował tam już sto razy chciał być obsłużony raz dwa. A Hania dalej gada z klientem przez telefon. Na szczęście kierowniczka przyszła i go obsłużyła. Nie powinni mnie stawiać w takiej sytuacji. Dla gościa, który stoi przed ladą nie do przyjęcia jest, że ktoś go nie obsługuje. Po co stoję za ladą, skoro nic nie umiem, prawda? On chce być obsłużony i koniec.
Gdy zrobiło się spokojniej, Hania pokazała mi pobieżnie system. Ależ ona zapierdala z tym klikaniem po monitorze. Oczopląsu dostałam. Jakoś jednak zaczęłam pojmować rezerwowanie miejsc więc pozwolono/kazano mi zrobić kilka rezerwacji. Trzeba było dane z serwisów typu HRS czy booking.com przepisać w odpowiednie rubryki. Raz się zniecierpliwiła kierowniczka Ania, że powinnam sprawdzić historię gościa bo on jest stałym klientem Qubusa (one to wiedzą, ja nie :P) i pracuje w Microsoft i to trzeba napisać w rezerwacji. Potem jeszcze robiłam sama gwarancje bankowe dla rezerwacji. Wpisywałam w terminal kart płatniczych numer karty podany przy rezerwacji i kwotę rezerwacji blokując w pewien sposób środki na poczet rachunku. Nie wiedziałam, że coś takiego można zrobić :) Normalnie wlazłam komuś na kartę i sobie 600zł zajęłam :D
Generalnie było spoko, ale sama nie wiem czy chciałabym to robić przez 12 godzin dziennie. Przynajmniej ludzie są mili (personel). Pani dyrektor była też chwilę na dole i zaproponowała, że potem oprowadzi mnie po hotelu. Jednak, gdy skończyłam i kierowniczka do niej zadzwoniła, okazało się, że ma spotkanie. Kierowniczka powiedziała mi, że następnym razem mnie oprowadzą. Więc może jednak będzie ten następny raz? :)

Do końca tygodnia mam się dowiedzieć czy najbliższe miesiące spędzę ubrana jak ta pani :)
A na pocieszenie kupiłam sobie tuniczkę w NewYorker za 19,99zł :) Polecam wyprzedaż w tym sklepie, można się obłowić w bluzki za 20, 30, 40zł :)

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Wakacyjne wspomnienia

Z okazji, że dziś 18 czerwca, notka będzie nieco sentymentalna. Bo tę datę zapamiętam już do końca życia chyba :) Nie mogę uwierzyć, że to już rok minął od momentu, gdy pożegnałam się z rodzicami i K na lotnisku (bez łez się nie obyło) i wyruszyłam ku mojej przygodzie :) Już na samym wstępie natrafiliśmy na problemy. Samolot miał 2 godziny opóźnienia więc utknęliśmy na lotnisku we Frankfurcie.
Po odstaniu ponad 3 godzin w kolejce dowiedzieliśmy się, że będziemy musieli nocować w Niemczech, a polecimy dopiero w niedzielę rano. Na szczęście nie musieliśmy czekać na lot naszych linii, przebookowali nas na Singapore Airlines (dzięki Bogu za allianse lotnicze xD). Spędziłam bezsenną noc w hotelu, który z tego co pamiętam miał aż pięć gwiazdek. Z przyborów w bagażu podręcznym miałam tylko puder do twarzy (nawet nie pamiętam po co xD). Resztę załatwiły mini produkty hotelowe i łazienkowa suszarka do włosów :)
Jeśli nie jesteście fanami azjatyckiego jedzenia to Singapore Airlines nie polecam. Do USA leci się ponad 8 godzin (z Niemiec), a jedzenia wnieść na pokład nie wolno. To co dostałam podobno było kurczakiem. No nie wiem. Po wylądowaniu w Nowym Jorku i przejściu kontroli czekaliśmy już tylko na nasz bagaż, którego w końcu od dwóch dni nie widzieliśmy ^^
Pani na lotnisku od razu wyczuła w nas zagubionych studentów bo zgarnęła nas do swojego stanowiska zapewniając, że u nich będziemy mieć najtańszy shuttle na Manhattan. 
Nie mieliśmy pojęcia gdzie wysiąść. Czy jechać od razu do naszych miejsc pracy czy do hostelu, w którym mieliśmy być dzień wcześniej. Ja wysiadłam na dworcu autobusowym. O Boże, jak ja chciałam wracać do domu. Zadzwonić do K żeby po mnie przyjechał. Wyszłam na ulicę. Głośno, dużo ludzi, taksówka cię przejedzie nawet na zielonym :P
W końcu jakimś cudem dojechałam metrem do hostelu (dlaczego tam nie ma ruchomych schodów? musiałam targać 20kg bagażu po schodach). Pani z hostelu była przemiła. Widziała, że jestem na skraju załamania nerwowego. Przytuliła mnie, dała kartę do pokoju, koszulkę z CCUSA i zadzwoniła do mojej szefowej meldując, że dotarłam i będę dzień później. Zamówiła mi bilet i pokazała gdzie mogę wziąć prysznic.
Byłam wykończona, a tu dopiero 16:00. Przez zmianę strefy czasowej mój dzień nagle miał 30 godzin O_o
Z kolegą, którego poznałam dzień wcześniej na lotnisku w Katowicach postanowiliśmy coś zjeść. Wybraliśmy... McDonald's :) Jak miło zobaczyć coś swojskiego :) Nie byliśmy zbytnio w nastroju na zwiedzanie. Poszliśmy do Central Parku.
Moje jedyne zdjęcie z NY z tamtego dnia :)
Na drugi dzień o 5:30 już musiałam jechać metrem na dworzec. Mają rację ci, którzy mówią, że to miasto nigdy nie śpi. Miałam wrażenie, że jest przynajmniej 8-9 rano. Sklepy otwarte, mnóstwo ludzi, dostawcy, sprzedawcy, ludzie w metrze w drodze do pracy.
Jazda do Bostonu trwała jakieś 5 godzin. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji. Od rana nic nie jadłam, ale z nerwów nie byłam nawet bardzo głodna :) Kupiłam batona z 99centów. A tu pani przy kasie pani mi mówi 1,05 dolara. No tak, uprzedzali, że podatek dolicza się dopiero przy kasowaniu. A my byliśmy już w Massachusetts. Ja nie wiem jak ludzie się w tym odnajdują.
Dworzec w Bostonie wspominam o wiele lepiej niż ten w NY. Czysto, łatwo trafić do odpowiedniej kasy, bramki do odjazdu itp.

Spędziłam 2 godziny czytając H.Cobena, którego wzięłam ze sobą (książka o zabójstwie opiekunów z obozu dla dzieci, takiego na jaki jechałam xD uroczo).
Pierwsze wrażenie z Camp Bernadette było okropne. Na drugi dzień nadal ciągle mi się chciało płakać na myśl o tym, że dwa miesiące tam spędzę. Potem poznała Evę, Kati i Mesi, z którymi pracowałyśmy. Były lepsze i gorsze chwile. Czasem prawie się pokłóciłyśmy bo trudno pracować razem i się przyjaźnić. Odpocząć możemy, gdy każda z nas skończy. Wypadałoby więc tak samo przykładać się do roboty. A, gdy widziałam, jak dziewczyny się wygłupiają zamiast pracować, to szlag mnie trafiał. A jak upominałam je to ja wychodziłam na tę nudą, co się bawić nie umie.

Choć po dwóch miesiącach już nie mogliśmy patrzeć na amerykańskie jedzenie to do tej pory tęsknię za smakiem cookies, Brownie, makaronu z serem i grillowanego sera :)
Z Evą zresztą ostatnio gadałyśmy na fb co do meczu Polska-Czechy. No niestety ma powód do świętowania :P


Najmilej wspominam wypady do Wolfeboro, pobliskiego miasteczka, które były namiastką wolności. Zapominałyśmy na te kilka godzin jak nas traktują, że tęsknimy już za domami, że chcemy w końcu się wyrwać i rozpocząć zwiedzanie.





Mimo wszystko dwa miesiące szybko minęły. Postanowiłyśmy razem spędzić te kilka dni w Bostonie, które wspominam bardzo miło. Oprócz jednego, w którym zmęczenie, za mało jedzenia i wypite piwo dały o sobie znać. Do południa leżałam w łóżku walcząc z mdłościami. Ominęło mnie zwiedzanie Harvardu ;(
Niestety zwiedzałyśmy rano i A&F był jeszcze zamknięty ;( Na szczęście wcześniej zamówiłam sobie mała wyprzedażową paczkę z darmową dostawą na camp ^^

Potem pojechałyśmy do Gloucester oglądać wieloryby. A raczej kilka ich ogonów :P Cała eskapada to 5 godzin na otwartym oceanie. Oj nie, nigdy więcej :P

W Nowym Jorku pierwszego dnia byłam tylko z Evą (pozostałe dziewczyny pojechały do SixFlags czyli ogromnego parku rozrywki). Zwiedziłyśmy głównie okolice Central Parku. Mimo tych dwóch razy, nadal nie udało mi się obejrzeć całości :)



Nowy Jork to miasto niesamowite. Głośne i zatłoczone, ale też są takie miejsca, w których w ogóle nie czujesz, że jesteś w mieście. Chociażby Central Park, w którym w ogóle nie słychać ruchu ulicznego, a przecież znajduje się w samym środku Manhattanu :)

Do fontanny przed MET wrzuciłyśmy tyle drobniaków, że powinnyśmy tam wrócić jeszcze ze 20 razy ^^


Cieszyłam się, gdy w końcu opuściłam Times Square. Fajne to wszystko, ale za dużo ludzi. Za to w Forever 21 zaraz obok kupiłam sobie fajną bluzeczkę i spotkałam... Polki :) Wybierały sobie sukienki nieświadome, że ktoś je rozumie ^^




Nie zapuściłam się na Brooklyn dalej niż ta promenada :) Wystarczyło mi już, że nocowałam na Harlemie i wszyscy na mnie dziwnie patrzyli :P

video
Kilka sekund z Brooklynu :)






video
Piąta Aleja :)
Byłam w Nowym Jorku dwa razy, ale za każdym razem za krótko :) I najpierw się stresowałam, że nazajutrz muszę wcześnie wstać i jechać do New Hampshire. A potem tylko kilkanaście godzin dzieliło mnie od powrotu do domu, do mojego K więc też to było takie lekko stresujące. Płynęłam zobaczyć Statuę Wolności i ciągle patrzyłam na zegarek wiedząc, że muszę wyjechać wcześniej żeby zdążyć na odprawę :)
A dziś, rok później zostały mi miłe wspomnienia :) Nie pamiętam już tych złych chwil i właściwie to nawet na camp bym wróciła byle tylko mieć okazję jeszcze raz odwiedzić NY :)

Pozdrawiam tych, którzy dotrwali do końca :)

czwartek, 14 czerwca 2012

Wszyscy ludzie prezydenta

- Co to jest empatia?
- Taka zupa z Azji.
A tak poważnie to pan, z którym miałam rozmowę kwalifikacyjną takie pytanie mi właśnie zadał. Wymieniłam bowiem empatię jako swoją cechę pozytywną. On dobrze wiedział co to jest i ja dobrze wiedziałam, ale chciał mnie przyłapać na powielaniu schematów :P
Jak tylko zamieniłam kilka pierwszych słów z panem M wiedziałam, że nie dostanę tej pracy. Jak ja nie lubię takich cwaniaków w garniturkach, którzy ubiorą bordową (!) koszulę i myślą, że są bardziej fancy od tych w białych koszulach :P Ogólnie drażni mnie taki typ faceta po trzydziestce, codziennie w garniturku i z teczką idzie do biura i udaje, że wykonuje ważne zadania. Widzę go jako blondyna w okularach, w miarę przystojnego, ale nie tak, żeby z miejsca paść na kolana. Dosyć szczupły, ale styl poruszania się zdradza, iż to sprawa genetyczna, a nie zamiłowanie do sportu :P Osiem godzin za biurkiem robi swoje ;)
I patrzy tak na ciebie z góry bo masz dopiero 22 lata, a jedyna marynarka, którą miałaś w szafie jest pudrowo różowa. Ale dla niego nie istnieje taki kolor bo to facet więc jesteś tylko panienką w różu, która nie wie na jakie stanowisko aplikuje. On sam też nie wie, i wie, że ja nie mogę wiedzieć bo zna treść ogłoszenia, w którym było tylko o pracy dla studentów.
- Jaka forma umowy panią interesuje?
- Nie ukrywam, że wolałabym umowę o pracę.
- No cóż, na stanowisku przy wspieraniu sprzedaży zatrudniamy osoby na zlecenie i...
- Tak,tego się spodziewałam.
- Dlaczego nie interesuje panią pensja tylko prowizyjna?
- Bo nie chcę obdzwaniać ludzi całymi dniami, a potem nie dostać za to ani grosza bo odkładali słuchawkę :P
Tego mu naturalnie nie powiedziałam. Ulżyło mi, gdy wyszłam z budynku. Nawet jakby zadzwonili (a pan M nie omieszkał zaznaczyć, iż mają jeszcze mnóstwo kandydatów) to nie chciałabym dla nich pracować.
Co innego firma, do której zostałam zaproszona dzień później. Można powiedzieć, że na dzień dzisiejszy (przy moich niewielkich kwalifikacjach) to praca marzeń.
Nie robię sobie zbytnich nadziei. Poszło mi na pewno lepiej i ludzie byli sympatyczni, ale pewnie już tak mają. Choć z drugiej strony mogli mi nie robić złudzeń.
Przyznaję, że zawaliłam bo zaskoczyła mnie kobieta pytaniem o pracę w USA. Chciała żebym jej to opowiedziała... po angielsku. A ja ostatnio mówiłam coś w tym języku miesiąc temu (nasze pożal się Boże lekcje na uczelni). Na pewno nie udowodniłam swojego poziomu zaawansowanego. Damn it =.='
- A to pani z Katowic. To blisko.
- W miarę. Ja z południowej dzielnicy, prawie już pod Tychami.
- A to z jakiej konkretnie?
- Z Kostuchny.
- A, to prestiżowa dzielnica.
- ?
- No pan prezydent tam mieszka.
- Ach, o to chodzi. No fakt, właściwie to mój sąsiad zza płotu.
xD
- Och. Naprawdę? To może będziemy mieć jakieś wtyki? hahaha
=.='
Jeśli to, że prezydent miasta kosi trawę pod moim płotem ma mi pomóc zdobyć tę pracę to niech będzie :P:P Kulawy powód, ale zawsze jakiś.
- Widzę, że ma pani doświadczenie z hotelu Katowice. Jak ten hotel właściwie jeszcze prosperuje? Bo wydawało mi się, że trochę podupada.
- Ależ nie, to tylko od zewnątrz jest stary budynek. Wewnątrz wszystko wyremontowane i nowoczesne. Choć są też pokoje w starym stylu.
- Kto wie? Może ktoś jest takim czymś zainteresowany? Współpracujemy z biurem podróży, które urządza wycieczki po Katowicach śladami PRL-u.
Awesome.
- Proszę nam opowiedzieć jakie doświadczenie pani wyniosła z praktyk.
- Zmywak, zmywak i jeszcze raz zmywak :P
- Najczęściej byłam gospodarzem sali restauracyjnej i na podstawie listy rezerwacyjnej przyjmowałam gości na śniadanie.
- Która z tych trzech posad sprawiła pani największą satysfakcję i dała największe doświadczenie?
- Pomyślmy.... zmywanie naczyń w Ameryce czy zmywanie naczyń w hotelu Katowice?
Mogłam zacząć, że najciekawszą pracą i doświadczeniem życiowym był pobyt za granicą, ale jednak najwięcej doświadczenia potrzebnego mi w przyszłej karierze nabyłam w hotelu. Powiedziałam jednak tylko to drugie. Kurde :/
Miałam przekonać ich, że nadaję się do pracy z ludźmi, ale jak zwykle zjadła mnie trema.
Nie umiem sobie przemówić do rozsądku żeby się uspokoić w takich sytuacjach. Występowałam przed tysiącem ludzi, ale jak mam porozmawiać z jednym to wysiadam :P
W drodze powrotnej dostałam telefon, iż trzecia firma zaprasza mnie na rozmowę. Podziękowałam bo póki co nie jestem kierowcą a Chorzów za daleko na poświęcenie w postaci jazdy tramwajem :P
Trzymajcie za mnie kciuki, w przyszły czwartek mają zadzwonić czy mnie chcą na szkolenie w tym hotelu.


czwartek, 7 czerwca 2012

Nowości i promocje :)

Jak ja dawno w centrum Katowic nie byłam! :) Jak tam się pozmieniało! :) Galeria, która stanie na miejscu starego dworca autobusowego (czyli przed słynnym odbudowywanym dworcem PKP) stoi już przy ulicy 3-go maja. Przytłaczające to bydlę troszkę. Ciężko będzie się przyzwyczaić :) No chyba, że fajne sklepy tam będą :)
Tak to ma wyglądać mniej więcej chyba już pod koniec 2013 roku :) Ile tam tych pięter jest? O_o
Tak więc... nic ciekawego nie kupiłam bo też pieniędzy specjalnie nie ma. Pojechałam w innej tajnej misji i z tego co wiem nie mogę póki co za wiele zdradzić. Jeśli jednak zgodnie z umową dostanę za to pieniądze to opowiem co nieco :)
Wstąpiłam do Rossmanna, który jest moją ulubioną drogerią. Kupuję to co jest w promocji :) Przykładowo jeśli akurat szampon Dove jest przeceniony na 9,99zł za 400ml to go biorę. Jeśli NIVEA, to decyduję się na nią. Takim to sposobem rzadko płacę za szampon więcej niż 11-12zł :)
Tym razem pokusiłam się o klasyczny dezodorant Dove. Wszystkie produkty Dove bowiem są obecnie (do 28.06) w promocji, tak więc polecam :)
Oprócz tego wybrałam dla siebie nowy krem do twarzy. Pisze, że do wrażliwej więc idealnie dla mnie :) 
Lubię produkty Ziaji bo są dobrej jakości jak na swoją cenę :) Co do kremu wypowiedzieć się jeszcze nie mogę, ale mam nadzieję, że się sprawdzi. Zainteresowane zapraszam do Rossmanna 18 czerwca, kiedy będzie za pół ceny :)
Bo gazetkę to mi dopiero przy kasie dali :) Fajne promocje wymyślili i gdybym mijała tą drogerię codziennie np w drodze do pracy to wstępowałabym tam właśnie tylko po ten jeden przeceniony produkt ^^
Najbardziej spodobały mi się promocje na tusze do rzęs. Gdyby nie to, że dziś sobie akurat kupiłam... a zresztą! Na Rimmel chyba się i tak skuszę. Za tę cenę grzech nie brać :)

Oprócz tego w różnych dniach dostępna będzie cała gama produktów wszczuplająco-ujędrniających i antycellulitowych :)
 tylko w piątek 15 czerwca
tylko we wtorek 19 czerwca :) 
tylko w czwartek 28 czerwca :)
Pasta, która bardzo fajnie wybiela. Wg mnie najlepiej z tych dostępnych w normalnym sklepie za przystępną cenę
(Rossmann tylko jutro 8 czerwca xD)

 Odżywki nie znam, ale słyszałam o niej dobre opinie. (Promocyjna cena tylko 12 czerwca)
No i mój ulubiony jedwab do włosów. Po niego to się chyba wybiorę (w przyszły weekend 16-17 czerwca) bo takie 150ml to mi na rok chyba starczy :)
I to tyle, chciałam się z wami podzielić moimi skromnymi nowościami i polecić fajną promocję :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...